wtorek, 27 czerwca 2017

#09 Pocieszyć cię?

Jackson

             Minęło kilka dni od wielkiej, spektakularnej dramy, jaka się wywołała poprzez oficjalne zerwanie z Lorraine. Dziewczyna jednak nie popuszczała tak łatwo. Minimum raz dziennie musiała zamieścić jakikolwiek tweet, który oczerniałby Luke'a, a także i chłopaków. Nie raz nie robiła tego wprost, ale każdy kto choć trochę ruszyłby głową, doskonale wiedział w kogo celowała. Na całe szczęście obyło się bez kompromitujących dla Hemmingsa zdjęć czy filmików, choć byłem pewny, że jego była panna mogła dysponować też i takim arsenałem. Przestałem na to reagować. Nie było sensu dalej bawić się w wirtualne przepychanki.
              Zamiast skupiać się na Lorraine i jej nieudolnych zaczepkach, wolałem skierować uwagę na chłopaków. Na daną chwilę wszystko szło zgodnie z założonym planem. Relacja między nami odżyła, a ja liczyłem, że z czasem będzie jeszcze lepiej. Ja, a raczej Luke, dostał od nich kolejną szansę. Musiałem to, jak najlepiej wykorzystać. Spędzać z nimi, jak najwięcej czasu. Angażować ich w wyjścia i ani na moment nie pozwolić, by pomyśleli, że mam ich gdzieś. Tak, to były bardzo dobre założenia, które powinny poprowadzić mnie do wielkiego sukcesu. Hemmings za tę robotę powinien fundnąć mi jakieś wczasy na wypasie w ramach nagrody.

              Upiłem łyk ciepłej herbaty, a potem wcisnąłem do ust ostatni kawałek kanapki z serem i pomidorem. Skrzywiłem się, gdy sok łącznie z miąższem z warzywa kapnął mi na czystą koszulkę. Przekręciłem oczami, przecierając ją pospiesznie drugą ręką, czym tylko rozmazałem plamę. Zrobiłem szybką analizę zawartości kosza na brudy, który stał w łazience. Tak, przydało by się znowu zrobić pranie. Ale to po śniadaniu.
              Nachyliłem się bardziej w stronę laptopa. Wystukałem znaną nazwę, a następnie zalogowałem się na Twittera. Jak zwykle powiadomień było cholernie dużo. Nie byłem nawet w stanie wyobrazić sobie tego, ile bym musiał siedzieć przed komputerem, by to wszystko zobaczyć i przeczytać.
                Upiłem kolejny łyk herbaty, a następnie złapałem za telefon. Odpaliłem Snapchata. Zrobiłem kilka zdjęć, by po chwili wrzucić je na My story. Zaraz po tym znów skupiłem się na portalu społecznościowym.

@Luke5SOS Dlaczego zawszę muszę się upierdzielić przy śniadaniu? :\

              Wystarczyła chwila, by ludzie zaczęli reagować na tweeta. Zaśmiałem się, widząc niektóre odpowiedzi. Większość raczej twierdziła, że jestem po prostu nieumiejącą jeść sierotą. A temu ciężko było zaprzeczyć, bo pod tym względem jedyne osoby, jakie mogły mnie w tym pobić, to małe dzieci, które dopiero uczą się tej ciężkiej sztuki jedzenia. Taki był jednak mój defekt. Życie.

W odpowiedzi do @Luke5SOS:
@Michael5SOS Zrzuta na śliniak dla tego kretyna

W odpowiedzi do @Michael5SOS:
@Luke5SOS Majkul, czy ty mnie stalkujesz? :-)

W odpowiedzi do @Luke5SOS:
@Michael5SOS Musiałbyś mi za to zapłacić, a wiedz, że cię na to nie stać

W odpowiedzi do @Michael5SOS:
@Luke5SOS Może się jakoś dogadamy?

W odpowiedzi do @Luke5SOS:
@Michael5SOS Nie wchodzę w żadne lewe układy.

W odpowiedzi do @Michael5SOS:
@Luke5SOS A w prawe? XD Co ty na to, Gordon?

@Luke5SOS Ej, ludzie pomocy! @Michael5SOS mnie zablokował!!! :-(

@Luke5SOS Czy Michael Clifford powinien odblokować jednego ze swoich najlepszych kumpli?
O Tak
O Tak
O Tak
O Tak

@Luke5SOS Michael, no!!! ODBLOKUJ MNIE, BO NASKARŻĘ SIĘ ASHTONOWI I CALUMOWI!

W odpowiedzi do @Luke5SOS:
@patidede99 Kryzys w związku? XD

W odpowiedzi do @Luke5SOS:
@Calum5SOS Mnie w to nie mieszaj…

@Luke5SOS :-(

             Zaśmiałem się do ekranu. Oparłem łokieć o blat stołu, porywając ostatnią kanapkę, jaka została na białym, kwadratowym talerzu. Przytknąłem ją sobie prawie do ust, gdy nagle rozległ się głośny dźwięk dzwonka. Niekontrolowanie podskoczyłem na krześle, co skutkowało tym, że pomidor zsunął się z sera. Klapnął na moją dłoń, a potem pacnął na koszulkę.
 Ja pierdole…
             Złapałem z niesforny, zdradziecki plaster pomidora, rzucając go niedbale z powrotem na talerz. Wytarłem rękę w i tak już brudną bluzkę, a potem złapałem za wydzierające i wibrujące na blacie urządzenie. Uśmiechnąłem się szeroko, widząc nazwę kontaktu. Szybko przejechałem palcem po ekranie, odbierając połączenie.
 Cześć, Michael  rzuciłem chyba nazbyt entuzjastycznie, przyciskając telefon do ucha. Usłyszałem w tle chrząknięcie.  Co by pan Clifford sobie życzył?  dodałem, starając się przybrać poważny ton.
 Tak pomyślałem, że może dzisiaj się spotkamy i…
 Będę!
 Luke?
 Co?
 Zamknij jadaczkę, chociaż na minutę.
 Nic nie obiecuję, w końcu… Dzwoni do mnie sam Michael Clifford! I jeszcze zaprasza na spotkanie!
 Zaraz się rozmyślę i…
 Będę grzeczny  powiedziałem ze śmiechem. Byłem jeszcze bardziej zadowolony słysząc to, że i on zaczął się cicho śmiać.
 Nie chcę na razie wychodzić, więc pomyślałem, że skoro już siedzieliśmy u ciebie i u Caluma, to może teraz porobimy coś u mnie i…
 Będę!
 Ta, fajnie… Przynieś jakieś żarcie i…
 Przyniosę. 
 Czy ty musisz mi ciągle przerywać?
 Ekscytuję się, a jak się ekscytuję, to nad sobą nie panuję.
 Jesteś idiotą.
 Zmień mi ksywkę na coś fajniejszego i oryginalnego.  Michael prychnął pod nosem.  O której?
 Piąta?
 Pasuje. Daj adres.
 Adres? Zapomniałeś, gdzie mieszkam?
 Zgrywam się tylko  rzuciłem szybko, uderzając się otwartą dłonią w czoło. Musiałem to chlapnąć?  Będę o piątej.
 Spoko. To do zobaczenia.
 Poczekaj!
 Co?
 Odblokujesz mnie na Twitterze?
 Nie  odpowiedział i rozłączył się.
 Wredna farbowana małpa  skwitowałem, odkładając telefon z powrotem na blat.


Luke

                Rozejrzałem się po strychu. Przez niewielkie okno wdzierało się tu trochę światła, choć nadal było tu nieco ciemniej, niż w pokoju na dole. Przekrzywiłem głowę, patrząc na promień słońca pod niewielkim kątem. Dostrzegłem małe drobinki kurzu, które leniwie unosiły się nad podłogą. Ruszyłem w stronę regałów. Wokół mnie panowała cisza, a jedyne co słyszałem, to odgłos butów uderzające o drewniane deski. Jedna z nich zaskrzypiała, gdy byłem już przy końcu pomieszczenia. 
               Zatrzymałem wzrok na książkach, które zbierali Jackson i Tara. Każdy tom był inny. Jeden nieco większy, inny szerszy, grubszy, bardziej zniszczony od drugiego. Jedne z nich miały intensywnie kolorowe okładki, jakby nie należały do starych wydań. Inne miały oprawy nieco wyblakłe i wygniecione. Z pewnością miały za sobą więcej lat użytkowania. Wszystkie jednak zawierały to samo. Tą jedną rzecz, na której najbardziej zależało tamtej dwójce. Mały wpis, dedykację, jakieś imię lub datę. Coś, co nie zostało tam wydrukowane. Coś, co naniosła ludzka ręka za pomocą długopisu albo pióra. Pewna unikatowa pamiątka.
                Wyciągnąłem rękę. Delikatnie przejechałem palcem po okładkach, idąc wzdłuż regału. Nie byłem pewny, czy w ogóle powinienem był ich dotykać. Widać było, że Tara i Jackson traktowali poważnie to swoje małe, wspólne hobby. Czy dziewczyna się wkurzy, gdy dowie się, że się tu kręciłem?
               Powoli przyglądałem się poszczególnym książkom, opierając się pokusie ich wyciągnięcia i przekartkowania. W końcu nie należały do mnie. Pozwoliłem sobie jednak na przejeżdżanie palcem po ich grzbietach, co jakiś czas odczytując tytuły utworów, a także ich autorów. Sam nie do końca wiedziałem, co w nich takiego było, że w jakiś sposób zaczynały mnie ciekawić. A może wręcz fascynować. Dopiero po chwili zorientowałem się, że nie tyle interesuje mnie ich wydrukowana treść, co historia samej książki, którą chciałbym poznać. Wiedziałem jednak, że nie jest to możliwe. Mogliśmy tylko gdybać na temat tego, co stało się z ich poprzednim właścicielem bądź właścicielami.
                 Nie wiedziałem dokładnie, ile tkwiłem na strychu. Nie patrzyłem na zegarek, krążąc wśród półek. Mogę śmiało stwierdzić, że straciłem poczucie czasu. W końcu jednak odważyłem się wyciągnąć jedną z nich. Złapałem za książkę w grubej, wyblakłej, granatowej oprawie. Przekręciłem ją przodem, by odczytać tytuł i autora. Przejechałem palcem po wytłoczonym, jasnym napisie. Pożegnanie z bronią Ernest Hemingway. Uniosłem brwi, a potem delikatnie ją otworzyłem. Nie chciałem zniszczyć lektury. Zresztą było widać, że należy do tych starszych wydań. Na pierwszej stronie od razu natknąłem się na dedykację. Pismo było lekko pochyłe, zaokrąglone i bardzo staranne. Data: szesnasty lipca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku.

Najukochańszemu bratu Lucasowi, w dniu jego dwudziestych pierwszych urodzin.
Obyś miał, jak najwięcej szczęścia!
Julia

                Przejrzałem książkę, spoglądając na zadrukowane, pożółkłe kartki. Zajrzałem też na sam jej koniec, licząc na to, że znajdę tam coś jeszcze. Niestety. Nie było tam nic dodatkowo dopisanego.
 Co robisz?
               Kiedy usłyszałem ten głos, podskoczyłem w miejscu, automatycznie robiąc krok do tyłu. Uderzyłem ramieniem w bok regału, prawie tracąc równowagę. Zdążyłem jednak wyciągnąć jedną rękę i złapać się półki, by nie paść na tyłek. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym przy okazji znów nie trafił czymś lub w coś głową. Tym razem była to książka, którą miałem w dłoni. Poderwałem ją raptownie do góry. Nie chcąc je przez przypadek upuścić, naparłem na nią, a ona pacnęła mnie w czoło z głuchym stukiem. Przynajmniej ocaliłem ją przed upadkiem.
 Nic ci nie jest?
– Jezu  wydusiłem, czując, jak moje serce nadal szybko bije.  Prawie zszedłem na zawał.
 Nie chciałam cię wystraszyć  powiedziała Tara, podchodząc do mnie.
               Zerknęła na książkę w moich dłoniach. Uśmiechnęła się lekko, unosząc przy tym jedną brew. Potem jej piwne tęczówki skupiły się na moich błękitnych oczach. Zagryzłem wargę, przystępując z nogi na nogę. Zostałem przyłapany na myszkowaniu w miejscu, w którym być raczej nie powinienem. Odrobinę się zmieszałem, gdy Tara zaśmiała się cicho.
 Masz minę jak dziecko, które coś przeskrobało.
 Przepraszam  powiedziałem, odkładając ostrożnie książkę na jej wcześniejsze miejsce.  Nie powinienem się tu kręcić…
– Wyluzuj, Luke  rzuciła, wzruszając ramionami.  To nie jest żadne ściśle tajne miejsce. Mieszkasz pod tym dachem, więc masz prawo tu zaglądać.  Wypuściłem ze świstem powietrze z ust, na co dziewczyna zareagowała kolejnym cichym śmiechem.
 Chłopak miał urodziny w ten sam dzień, co ja  powiedziałem, wskazując palcem na książkę.  I miał podobnie na imię.
 Lucas  odpowiedziała, a ja zrobiłem wielkie oczy.  Pamiętam wpisy tych wyjątkowych wydań  dodała, podchodząc jeszcze bliżej. Oparła się o półkę. Znów utkwiła w moich oczach przyjazny i ciepły wzrok. Lubiłem, gdy się tak na mnie patrzyła.  Ta jest dość stara. I napisana została przez jednego ze znanych przedstawicieli literatury amerykańskiej.
 Jak się u was znalazła?
 Trafiła do naszej biblioteki przypadkiem. Nasz szef wie, że ja i Jackson kolekcjonujemy książki z dedykacjami. Odkupiliśmy ją od niego za niewielką, symboliczną sumę. Niektóre tytuły mamy właśnie od niego. To dlatego nasz zbiór jest dość pokaźny.
 Ciężko znaleźć takie książki?
 Musisz mieć sporo czasu i determinacji, by szukać. Najczęściej w antykwariatach i aukcjach. Dziwne jest to, że takie książki słabo schodzą. Wiesz… Ludzie często myślą, że wpis na pierwszej stronie oznacza, że książka jest w pewien sposób zniszczona. Wolą takie, które są mniej… zużyte. Mniej naznaczone ludzką ręką.  Uśmiechnęła się ponownie, zapewne czując, że nawet na moment nie spuściłem z niej wzroku.  Głównie to wygląda to tak, że wchodzi się do antykwariatu i próbuje się przekopać i sprawdzić, jak największą ilość książek, jakie tam mają. Czasem wychodzi się z niczym. Czasem zdobywasz to, co chcesz.
 Macie niezłe powiązanie.
 Powiązanie?
– Ty i Jackson pracujecie w bibliotece. Oboje macie hopla na punkcie książek z dedykacjami. I ty lubisz też czytać.
 Jackson też czyta. Też to lubi.  Zmarszczyłem lekko nos.  Co? Nie wygląda na kogoś takiego?
 Też lubię czytać. Czytanie pozwala odkryć inny świat. Zatopić się w nim.
 Dobrze powiedziane. A teraz chodź. Musisz mi pomóc przepakować zakupy, a nie mamy za dużo czasu. Shawn już do mnie pisał, że nie może się doczekać, kiedy w końcu do niego wpadniemy. I nie zapomnij kąpielówek.
 Kąpielówek?
 Shawn ma nieduży basen w ogrodzie.
 Nie znamy się długo, a ty już chcesz mnie rozbierać  mruknąłem, udając zaszokowanego. Tara parsknęła śmiechem.
 Było by to trafione, gdyby nie było twoich odsłoniętych fotek w internecie. No i muszę ci przypomnieć, że wyglądasz identycznie, jak mój najlepszy przyjaciel.
 A myślałem, że cię zaskoczę moją wyrobioną sylwetką.
 Nie zmienia to faktu, że i tak będę miała, co oglądać  odparła, klepiąc mnie po plecach.


Jackson

                Przed wyjściem zrobiłem sobie szybką listę zakupów, korzystając ze wcześniejszych wskazówek Hemmingsa, które dotyczyły tego, co który z chłopaków lubi najbardziej. Jako ich kumpel musiałem wiedzieć takie rzeczy. Nie chciałem dać plamy. Zresztą dzisiaj już popełniłem mały błąd, pytając Michaela o jego adres. Na szczęście udało mi się z tego szybko wybrnąć. Miałem nadzieję, że nadal żaden z nich niczego nie podejrzewa.
               Postanowiłem, że zrobię zakupy w pobliskim sklepie, który znajdował się na tej samej ulicy, na której obecnie mieszkałem. Tam też zamówiłem taksówkę, która miała zawieźć mnie do Clifforda. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, dopóki nie wyszedłem za bramę. A naprawdę nie spodziewałem się tego, co stało się chwilę później.
              Jak tylko moja stopa znalazła się poza zagrodzonym terenem, dostrzegłem dość sporą grupę ludzi z aparatami. Z początku w ogóle nie zaskoczyłem, co takiego się dzieje. Byłem pewny, że nie czekają na mnie. Jednak szybko zrozumiałem, że teraz jestem Lukiem Hemmingsem, a paparazzi nie znaleźli się tu przypadkiem. Wystarczyło tylko to, że stanąłem na szarym chodniku, a mężczyźni  w różnym wieku i o różnych gabarytach  doskoczyli do mnie, niczym hieny.
 Przestańcie  wydusiłem, próbując odwrócić się od aparatów, które niemalże wpychali mi przed twarz. Zachowywali się, jak zwierzęta na polowaniu. To sprawiło, że wpadłem w lekką dezorientację.  Ej, no… Cholera!
 Luke, to prawda, że ty i Lorraine to już zakończona historia?
 Tak i dajcie mi spokój!
– Zdradziłeś ją?
 Pogięło cię człowieku?  odparłem, zanim zdążyłem się powstrzymać. Mężczyzna uśmiechnął się, a potem zrobił kilka zdjęć mojej rozdrażnionej osobie.
 Dajcie mi przejść!
 Luke, to była prawdziwa miłość?
 Kto was tu nasłał? Skąd macie mój adres?  rzuciłem, starając się ich ominąć, ale było to naprawdę trudne.
 Pewna znana ci dziewczyna, powiedziała gdzie mieszkasz  wygadał się jeden i to wystarczyło, bym powiązał jedno z drugim. Lorraine.
 Luke, czy…
 Na razie  mruknąłem, przyspieszając kroku.
                 Wykorzystałem ten moment, gdy między nimi pojawiła się niewielka przerwa. Jeszcze bardziej zwiększyłem tempo, chcąc jak najszybciej dostać się do taksówki, która na szczęście już na mnie czekała. Dzięki Bogu, sklep był naprawdę niedaleko.
                 Oni jednak nie poddawali się tak łatwo. Nadal słyszałem ich nawołujące głosy, a także kroki i dźwięki migawek aparatów, które nieustannie cykały w tle. Przez to naprawdę zacząłem współczuć chłopakom tego, co wokół nich się dzieje. Gdy paparazzi ich otaczali, wciskając swoje medialne nosy w ich prywatne życie.  Czułem się osaczony i przytłoczony. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim i to akurat wcale mi się nie podobało. Od razu zrezygnowałem z robienia tu zakupów. Kupię wszystko w innym sklepie. Teraz priorytetem była ucieczka.
                  Jak tylko znalazłem się obok auta, natychmiast doskoczyłem do tylnych drzwi. Wpadłem do środka, odwracając się od fotoreporterów, którzy otoczyli samochód. Kierowca zerknął na mnie, mając tak samo zdezorientowaną minę, jak ja. Poprosiłem go, by odjechał, jak najszybciej. Odetchnąłem z ulgą, dopiero wtedy, jak włączyliśmy się do ruchu drogowego.
                  Przez całą drogę analizowałem wszystko to, co się działo. Byłem pewny, że to właśnie sprawka Lorraine. Mimo tego nie rozumiałem, jak mogła być taką kretynką i podać prywatny adres zamieszkania Hemmingsa. Oczywiście, by się upewnić w swoich przekonaniach, postanowiłem do niej zadzwonić, jak tylko znajdę się u Michaela. Tej sprawy nie zamierzałem pozostawiać bez żadnej reakcji.
                  Kierowca wysadził mnie przy najbliższym sklepie, który mieścił się kawałek dalej od budynku mieszkalnego Clifforda. Tam zrobiłem szybkie zakupy, a potem ruszyłem na spotkanie z chłopakami. Nadal byłem wściekły o to, co się stało, więc nie mogłem się wprost doczekać konfrontacji telefonicznej z byłą panną blondyna.
                  Michael mieszkał w dużym budynku na obrzeżach Los Angeles. Jego mieszkanie mieściło się na ostatnim piętrze wysokiego bloku. Korzystając z windy, dotarłem na dziesiąte piętro. Odnalazłem odpowiednie drzwi i zadzwoniłem dzwonkiem, czekając, aż gospodarz mnie wpuści. Przystępowałem z nogi na nogę, co jakiś czas zaciskając mocniej dłonie na reklamówkach. W końcu drzwi otworzyły się, a pierwsze co zobaczyłem, to zielone oczy wpatrujące się we mnie i uśmiech gitarzysty.
 Cześć. Nie wiem, po co dzwonisz. Było otwarte  powiedział, wpuszczając mnie do środka.  Chłopaki już są i… Co się stało?
 Miałem paparazzi pod swoim blokiem  mruknąłem z niezadowoleniem, marszcząc dodatkowo nos.
                 Wszedłem do mieszkania, od razu trafiając do przestronnego, jasnego salonu. Doszła do mnie cicha muzyka, która wypływała z włączonego telewizora. Ściągnąłem buty, rzucając je przy ścianie. Calum i Ashton od razu podnieśli głowy, zerkając na mnie z zaciekawieniem. Przekazałem siatki Michaelowi.
 Jak to ich miałeś? Nikt nie wie, gdzie mieszkamy  pociągnął chłopak, a potem zacisnął usta.
 Ktoś im wygadał.
 Domyślasz się kto?  zapytał, gdy razem ze mną przeszedł w głąb pomieszczenia.
 Obstawiam Lorraine i… Przeproszę was na chwilę. Muszę zadzwonić  odparłem, wyciągając komórkę.
                Chłopaki wymienili spojrzenia, a potem cicho zaczęli dyskutować na temat tego, co się stało. Widziałem, jak Michael, co jakiś czas kontrolnie na mnie zerkał. Z pewnością widać było po mnie to, że jestem wkurzony. Odnalazłem szybko odpowiedni numer, a potem nacisnąłem zieloną słuchawkę i przystawiłem telefon do ucha.
 No, Hemmings, czyżbyś się stęsknił?  Usłyszałem po drugiej stronie znany głos dziewczyny.
 To ty nasłałaś na mnie tych wszystkich pieprzonych paparazzi!  warknąłem, machając odruchowo ręką. Pozostali zamilkli, wsłuchując się w to, co mówię. Nie przeszkadzało mi to.
 Tak mi się przez przypadek wymsknęło.
 Ty podła, zdradziecka suko!  Gdy to powiedziałem, Michael wytrzeszczył oczy.
 Coś ty, kurwa, powiedział?
 Nie myśl sobie, że to zostawię. Nie zdziw się, jak twoje brudy zaczną pojawiać się w internecie.
 Czy ty mnie straszysz?
 Nie, ostrzegam  powiedziałem, a potem rozłączyłem się.  Pieprzona podła żmija  mruknąłem do siebie, a chłopaki znów wymienili ze sobą spojrzenia.
 Luke, trzeba to zgłosić do menadżera  odezwał się Irwin.  Oni nie mogą czatować pod twoim budynkiem, czekając na to, aż w końcu wyjdziesz.
 Masz rację, zaraz to zrobię.  Spojrzałem na Clifforda.  Mogę dostać coś do picia?  odparłem, czując, że zaschło mi od tego wszystkiego w gardle.
 Jasne, chodź. Przytargamy też żarcie  odparł, a ja pokiwałem głową.
                    Wszedłem za nim do podłużnej, szaro-czarnej kuchni. Michael odstawił siatki na blat, tuż obok innych reklamówek, które musieli przynieść pozostali. Zgromadziliśmy dość sporo przekąsek i piwa, więc będziemy mieli czym napychać brzuchy. Chłopak wyjął z szuflady otwieracz. Wyciągnąłem zielone butelki, a on odkapslował je. Od razu przystawiłem jedną do ust, biorąc kilka dużych łyków zimnego i nieco gorzkiego alkoholu. Oblizałem usta, opierając się bokiem o jedną z szafek.
 Nie martw się, Craig jakoś to załatwi.
 Żałuję, że w ramach zerwania nie wysłałem jej w kartonie na Syberię.  Clifford zaśmiał się cicho.  Albo na jakąś pustynię w Afryce.
 Chętnie pomógłbym ci ją zapakować. Na przykład przetrzymałbym ci karton.
 Dzięki  rzuciłem, klepiąc go po ramieniu.  Na ciebie zawsze można liczyć, w przeciwieństwie do mnie i…
 Nie poruszajmy tej kwestii  poprosił, uśmiechając się lekko.  Teraz zaczyna być inaczej. Jest… lepiej.
 I tak powinno być cały czas i… Nadal czuję się, jak dupek.
 Bo nim jesteś.
 Mikey  jęknęłam, a on przekręcił oczami, kiedy zwróciłem się do niego w ten sposób.
 Pocieszyć cię?
 Tak, powiedz mi coś miłego.
 Odblokowałem cię na Twitterze.
 Myślałem, że usłyszę od ciebie jakiś komplement czy…
 Mogę z powrotem cię zablokować jak chcesz?
 Nie!  rzuciłem, a potem obaj parsknęliśmy śmiechem. Zdecydowanie mój humor uległ polepszeniu.


Luke

                  Coraz bardziej przyzwyczajałem się do tego, że Arlen Town jest tak ciche i spokojne. Tym bardziej tutaj, z dala od centrum tego niewielkiego miasta. W przeciągu całej drogi do domu Shawna naliczyłem trzy samochody, które nas minęły. Trzy samochody i dwóch pieszych. Nikogo więcej. Nie było, co porównywać do głośnego i nigdy nie śpiącego Los Angeles.
                  Shawn nie mieszkał daleko od nas. Cały spacer zajął nam mniej niż piętnaście minut. Zrezygnowaliśmy z samochodu. Pogoda dopisywała, więc podczas marszu było naprawdę przyjemnie.
                  Przegadałem większą część drogi z Tarą. Dopiero przy końcówce moje myśli odpłynęły w nieco inną stronę. Mianowicie przypomniał mi się wpis i data, które znajdowały się w książce Hemingwaya. To też spowodowało, że wróciły wspomnienia z ostatnich moich urodzin, które obchodziłem całkiem niedawno. I nie były to najlepsze urodziny w moim życiu. Graliśmy wtedy koncert w Teksasie. Na scenie oczywiście pojawił się tort, a fani łącznie z chłopakami odśpiewali mi sto lat. Jednak zaraz po zakończeniu show, wszystko się zmieniło, a cała szopka dobiegła końca. Rozeszliśmy się w swoje strony. Spędziłem resztę wieczoru i nocy sam, tkwiąc w hotelowym pokoju.
 O czym myślisz?
 Co?  wydusiłem, gdy głos dziewczyny sprowadził mnie z powrotem na ziemię.
 Zamyśliłeś się.
 Tak po prostu  odparłem, wzruszając ramionami.
 W porządku?
– Tak, jak najbardziej  odpowiedziałem, ukrywając ten fakt, że przez to wspomnienie zrobiło mi się najnormalniej w świecie przykro.  Daleko jeszcze?
 To ten dom  powiedziała, wskazując palcem niewielki budynek.
                 Wokół niego rozstawiony był drewniany płot, a tuż przy nim znajdował się zielony żywopłot, który rósł wzdłuż ogrodzenia. Nieduża bramka umożliwiała wejście na teren. Dostrzegłem białą, brukową drużkę, która prowadziła do drzwi frontowych. Na parapetach na parterze ustawiono długie donice z kolorowymi kwiatami.
                Tara podeszła do wejścia. Otworzyła je i jako pierwsza weszła na posesję. Ruszyłem za nią, nie chcąc zostać za bardzo w tyle. Zdążyłem zamknąć za nami bramkę, gdy usłyszałem odgłos biegnącego w naszą stronę czworonoga. Astro już leciał, by zobaczyć, kto kręci się po jego terenie. Zaczął z zadowoleniem merdać ogonem, widząc przed sobą rudowłosą. Wszystko zmieniło się, kiedy ciemne ślepia dostrzegły także i mnie.
                  Podskoczyłem nerwowo, a potem schowałem się za plecami dziewczyny, gdy Astro zaczął mnie obszczekiwać. Nawet nie będę kłamał, że jego reakcja wcale mnie nie wystraszyła. Wciąż miałem wizję tego, że pies może w każdej chwili odgryźć mi palca albo całą nogę. Dlaczego Shaw nie mógł mieć przyjaznego jamnika?
 Hej, Astro, spokój  powiedziała Tara, dotykając jego grzbietu i znów zwracając na siebie jego uwagę.
                 Pies zaczął się do niej łasić, domagając się więcej pieszczot. Wypuściłem cicho powietrze z ust, czując ulgę. Przynajmniej nie pożarł mnie na dzień dobry. Byłem pewny, że między mną a nim jest w porządku, ale najwidoczniej Astro nadal traktował mnie z dystansem.
                 Drgnąłem, jak Tara złapała moją rękę. Jej palce były gładkie i powodowały przyjemne uczucie ciepła. Szybki dreszcz przebiegł mi po plecach. Zacisnąłem usta, gdy powoli wyciągnęła moją dłoń w stronę psa. Spiąłem się, gdy Astro przybliżył do niej pysk. Obwąchał mnie, a potem znów zaczął machać z radością ogonem, kiedy dziewczyna pogłaskała go po głowie w ramach nagrody.
 Chyba już jest w porządku  powiedziała, zerkając na mnie z uśmiechem.
 Byłem pewny, że się lubimy, ale najwyraźniej nadal mu nie pasuję.
 Przekona się w końcu do ciebie  odparła z pewnością w głosie.  Chodź, Shawn pewnie jest w ogrodzie.
 Lubimy się, Astro?  zapytałem, kiedy zaczęliśmy iść wydeptaną dróżką na tyły domu.
                Jak tylko się do niego odezwałem, pies znów mnie obszczekał. Odskoczyłem w bok, prawie potykając się o własne nogi. Tara złapała mnie za ramię, pomagając mi utrzymać pion. Parsknęła śmiechem, a ja dla odmiany pokręciłem nosem. Dlaczego zawsze przy niej muszę robić z siebie kretyna? Astro zadowolony z siebie ruszył na tyły, by odnaleźć swojego pana.
 Ja przez tego psa padnę kiedyś na zawał  mruknąłem, a rudowłosa znów roześmiała się.
 Ej, jesteście!  zawołał Shawn, gdy tylko wynurzyliśmy się z bocznej ścieżki.
                 Od razu dostrzegłem przygotowany stół, na którym już znajdowały się talerze, kubki, sztućce i przekąski. Nad nim ustawiony był dość sporych rozmiarów parasol, który rzucał przyjemny cień. Niedaleko był basen, a tuż przy nim leżaki. Było też radio, z którego płynęła cicha muzyka.
 Cześć  rzuciłem, podchodząc do chłopaka, który kręcił się przy stole.
 Nie mam pojęcia, co ostatnio mu odbija  zaczął Shawn, zerkając na psa, który kręcił się przy jego nogach.  Ostatnio ciągle cię obszczekuje, jakby cię nie poznawał.
 Ja…
 To pewnie nic takiego  powiedziała Tara, wzruszając ramionami, jakby sprawy nie było.
                     Chłopak uśmiechnął się, kiwając głową. W tym momencie poczułem się okropnie. Nie chciałem go okłamywać, szczególnie że Shawn zawsze był dla mnie miły. Był naprawdę przesympatycznym kolesiem. Wtedy też pomyślałem, dlaczego i mu nie wyjawić całej prawdy. Powinien wiedzieć. Przyjaźnił się z kim, ale tym kimś nie byłem ja.
 Shawn  odparłem, a chłopak znów utkwił we mnie brązowe oczy. Znów się uśmiechnął, a ten uśmiech wcale nie ułatwiał mi zadania.  Nie jestem Jacksonem.
 A ja jestem papieżem  odpowiedział i parsknął śmiechem.
 Co ty?  syknęła Tara, zupełnie nie rozumiejąc tego, co właśnie próbowałem zrobić. Obiecałem Jacksonowi, że będę trzymał buzię na kłódkę, ale… Małe nagięcie zasad nie spowoduje przecież katastrofy.
 Mówię poważnie  pociągnąłem, nawet na moment nie odrywając od niego wzroku. Chłopak zmarszczył nos.  Zamieniłem się z Jacksonem miejscami i… Powinieneś wiedzieć.
 I może jeszcze powiesz mi, że faktycznie porwali cię kosmici tak, jak twierdziła Tara.
 Tak mówiłaś?  rzuciłem, odwracając się do dziewczyny.
 Wtedy sama jeszcze nie wiedziałam – odpowiedziała, a potem zagryzła lekko dolną wargę.
 Rozmawiacie między sobą, jakby to była prawda, ale nie wkręcicie mnie. Nie wkręcisz mi znów, że jesteś Lukiem Hemmingsem. Stary, za dobrze cię znam i ten numer nie przejdzie.
 Ale to prawda  powiedziała Tara, kiwając głową.
 Przekupił cię, byś trzymała jego stronę?
 Shawn, mówię teraz poważnie  pociągnąłem, a potem nie czekając dłużej, streściłem mu całą historię, omijając oczywiście szczegóły.
                   Jego oczy zrobiły się w wielkości spodków, kiedy z pomocą Tary opowiadałem mu wszystko to, co się działo. Od spotkania Jacksona na stacji benzynowej, po nasz pomysł i to, jak rudowłosa odkryła prawdę. Mówiłem i mówiłem, mając nadzieję, że się nie wkurzy i nie wygoni mnie z domu. Nie chciałem mieć w nim wroga. Naprawdę go lubiłem.
 Ja pierdolę, czy was doszczętnie popieprzyło  wydusił, siadając naprzeciwko mnie.  Powaliło was. Zwoje mózgowe wam się skręciły i… To cholernie głupie i nieodpowiedzialne i… Jackson to kretyn, jak mógł wpaść na coś takiego?
 W zasadzie to był mój pomysł  odparłem powoli.
 W takim razie miał rację mówiąc, że jesteś gorszym kretynem od niego. Zamiana miejscami?! Wzięliście pod uwagę konsekwencje i to wszystko, co może się przez to stać?
 Nie do końca, ale…
 Dwa identyczne głupki  podsumował, machając na mnie palcem.  Cieszę się jednak, że postanowiłeś być w końcu szczery, Luke.
– Jak bardzo jesteś wściekły?  zapytałem, łapiąc za butelkę z piwem.
 Jestem bardziej zszokowany, niż wściekły. Jezu… A ja myślałem, że ty jesteś tym przychlastem, którego znam prawie całe życie.
 Przepraszam.
 Wyluzuj, to wasza sprawa. Jak coś spierdolicie, to będziecie musieli to naprawić.
 Jestem tego świadomy.
 I całe szczęście  rzucił, a potem westchnął pod nosem.  Nadal jest to ciężkie do ogarnięcia. Ty to on, on to ty.
 I tak zareagowałeś lepiej, niż Tara – powiedziałem ze śmiechem, spoglądając na dziewczynę, która siedziała obok mnie.  Tara przywaliła mi na dzień dobry rakietą do badmintona.
 Byłeś obcym facetem w moim domu  przypomniała mi, a ja znów się zaśmiałem.  I przeprosiłam cię. I tak reakcja Jacksona była najlepsza.
– W pierwszej chwili, jak zobaczył cię na ekranie, myślałem, że się przekręci ze strachu.
 Jak on sobie radzi?  zapytał Shawn.
 Całkiem nieźle. Pewnie lepiej, niż ja  odpowiedziałem, opierając się łokciami o stół.
 Nie przesadzaj, nie jest źle  rzuciła dziewczyna, klepiąc mnie po plecach.
 Muszę się przyzwyczaić, by mówić ci po imieniu  odparł chłopak.
 Jak powiesz do mnie Jackson, to się nie obrażę.
 Spoko.
– Bierzemy się za szykowanie jedzenia?  powiedziała Tara, zmieniając temat. Przytaknęliśmy.


Jackson

                  Zadzwoniłem do Craiga od razu, jak tylko skończyłem rozmowę z Lorraine. Opowiedziałem mu wszystko, łącznie z tym, że dziewczyna przyznała się do tego, co zrobiła. Chłopaki co rusz dodawali do tego swoje trzy grosze, przez co wywiązała się spora dyskusja na temat chronienia naszych prywatnych danych i miejsc zamieszkania. Mężczyzna sam był wściekły i obiecał zająć się tą sprawą. Uznał, że tym razem nie ma co popuszczać i menadżer Lorraine będzie musiał to wszystko odkręcić. To odrobinę mnie uspokoiło. Naprawdę nie chciałem mieć czających się przy płocie fotoreporterów.
                 Rozsiadłem się wygodnie na leżaku. Postanowiliśmy posiedzieć na tarasie i skorzystać z przyjemnej pogody. Ta część, w której siedzieliśmy, okryta była cieniem, dzięki czemu nie groziło nam rozpuszczenie się od słońca. Po drugiej stronie Michael ustawił elektrycznego grilla. Ashton, co jakiś czas przekładał znajdujące się na nim mięso, robiąc za szefa kuchni.
                 Przymknąłem powieki, układając rękę pod głową. Moje myśli na chwilę uciekły w stronę Tary i Luke'a. Zacząłem się zastanawiać, co porabiają i jak spędzają czas. Z tego, co pamiętałem, dziś mieli wolne od pracy. Mogli więc lenić się w domu albo gdzieś wyjść. Może Tara pokazywała mu miasto? Na razie nie chciałem mu przeszkadzać, więc postanowiłem, że skontaktuję się z nim wieczorem, by nakreślić mu to, co teraz aktualnie się działo.
 To tak cholernie dobrze pachnie  powiedział Michael, a ja rozchyliłem powieki. Spojrzałem na czerwonowłosego, który siedział obok.  Ash, długo jeszcze?
 Chwilę. Niedługo będzie gotowe.
 Aż zgłodniałem jeszcze bardziej  odparłem, zerkając w stronę basisty i perkusisty, którzy kręcili się przy grillu.  Oni nas tym zapachem torturują. Zjedzą wszystko, a my nic nie dostaniem.
 Wtedy my ich upieczemy.
 Bardzo dobry pomysł. Wchodzę w to  rzuciłem ze śmiechem.
 Kanibalizm jest karalny  odezwał się Irwin, pokazując nam jednocześnie wyciągnięty środkowy palec.
 Nikt nie będzie o tym wiedział. Powiemy, że Cashton uciekł, by być razem już na zawsze. Jak w tych wszystkich fanfictions  powiedziałem udając poważny ton.
 Ty zdecydowanie ostatnio się nudzisz. Czytasz fanfiction o nas?  rzucił rozbawiony Michael.
 Nie, ale powtarzam to, co nieraz widzę w internecie  skłamałem, wzruszając ramionami. Przecież nie przyznam się do tego, że znam takie historie. W sumie, niektóre z nich są naprawdę wciągające.
 Dobra, zaraz będziemy jeść!
 Mówiłeś to już chwilę temu  powiedział Clifford, przekręcając oczami.
 Nie marudź!


Luke

                  Wynurzyłem się z wody. Odgarnąłem mokre kosmyki włosów, które opadły mi czoło. Niedawno skończyłem z Shawnem kolejną rundę wodnej siatkówki. Postawiliśmy rozegrać mały mecz jeden na jeden. Odwróciłem się, widząc siedzącą na skraju basenu Tarę. Ubrana była w dwuczęściowy, czarno-czerwony kostium kąpielowy. Miała zanurzone nogi w wodzie. Obok niej znajdował się Astro, który od jakiegoś czasu nie odstępował jej na krok. Teraz opierał pysk o jej uda. 
                 Raz jeszcze zmierzyłem dziewczynę wzrokiem. Poczułem, jak robi mi się gorąco, kiedy zostałem na tym przyłapany. Uśmiechnęła się szeroko, a ja odpowiedziałem jej niepewnie tym samym. Zanurzyłem się cały raz jeszcze, a potem ruszyłem w jej stronę. Gdy byłem już całkiem blisko, Astro podniósł głowę, a potem tradycyjnie obszczekał mnie. Chyba muszę się zacząć do tego przyzwyczajać.
 On chyba naprawdę mnie nie lubi  mruknąłem, opierając się o ściankę basenu.  Dawałem ci jedzenie, nie pamiętasz?  rzuciłem, machając na niego palcem. Odskoczyłem, gdy Astro znów zaczął ujadać.  Ja już nie wiem, co mam zrobić, byś zmienił do mnie podejście.
 Zaproś go na jakiś obiad  rzuciła ze śmiechem Tara, drapiąc psa za uchem.
 Do psiej restauracji?  Pokiwała głową.  Wątpię, czy znajdę coś takiego w Arlen Town.
                  Wyciągnąłem niepewnie rękę, odważając się zbliżyć do psa. Astro łypnął na mnie okiem, choć nadal się nie ruszał. Dokładnie obserwował moje ruchy. Powoli, jakby w zwolnionym tempie, położyłem dłoń na jego kręgosłupie. Uniósł nieco pysk, ale pozwolił się pogłaskać. Uśmiechnąłem się, ciesząc się z tego, że jednak nie postanowił odgryźć mi ręki.
 Pójdziesz ze mną na obiad?
 To, że nie szczeka, można uznać za tak  odpowiedziała ze śmiechem.
 Nie pytałem jego. To było do ciebie.  Dziewczyna uniosła brwi.  Zapraszam cię na obiad, o ile oczywiście nie masz nic przeciwko.
 Chętnie pójdę.
 Jutro?
 Jutro.
 Świetnie, to jesteśmy umówieni  rzuciłem i poklepałem ją po przedramieniu. Jak tylko to zrobiłem Astro… Tak, znów mnie obszczekał.

                   Wyszedłem z łazienki, będąc gotowy do snu. Chociaż obiecałem jeszcze Jacksonowi, że zajrzę na chwilę na komunikator. Chciał mi coś powiedzieć, a ja liczyłem na to, że nie będą to żadne złe wieści. Przetarłem twarz rękami, zatrzymując się na korytarzu. Zerknąłem w stronę pokoju dziewczyny. Tara już spała, opatulona po samą szyję ciepłą kołdrą. Obejmowała ręką poduszkę. Wyglądała naprawdę uroczo i spokojnie. Uśmiechnąłem się i cicho podszedłem do drzwi. Zamknąłem je. Zaraz po tym poszedłem do siebie.
                   Usiadłem przy biurku, odpalając komunikator. Odczekałem chwilę, aż system zaloguje mnie na konto. Upiłem łyk zimnej już herbaty, którą zostawiłem przy komputerze. Przysunąłem się bliżej, odszukując tę konkretną osobę, o którą mi chodziło. Kliknąłem w nazwę kontaktu, łącząc się z chłopakiem znajdującym się w Los Angeles.
 No w końcu  powiedział, jak tylko zobaczyłem jego twarz na ekranie.  Co tak długo?
– Byliśmy u Shawna. Kiedy jego rodzice wrócili z pracy, zrobiliśmy ognisko i… Trochę nam zeszło. No i… Powiedziałem mu prawdę.
 Co?!
– Uznałem, że tak będzie lepiej i…
 Zwariowałeś?! Miałeś nikomu nie mówić!
 Ale…
 Wkurzył się?
 Nie, o dziwo przyjął to całkiem nieźle. Uznał, że jesteśmy kretynami i tyle. W zasadzie trudno się z tym nie zgodzić.
 Oj, Hemmings.
 Co? Co się stało?
 Lorraine wypaplała twój adres zamieszkania.
– Co?!  warknąłem, zaciskając mocniej palce na kubku.
 Jak dzisiaj wychodziłem, otoczyło mnie małe stado medialnych sępów. Craig się wkurwił. Powiedział, że to załatwi.
 Dobrze, że to zgłosiłeś. Co za wstrętna…
 Larwa? Gnida? Podła, podstępna żmija?
 Suka.
 Och, nawet blondasie nie będę zaprzeczał  powiedział z zadowoleniem.  Mniejsza o nią, grunt, że ja i ich chłopaki się lubimy. Chociaż czuję się trochę pominięty, że lubią mnie jako ciebie.
 Wybacz.
 Nie twoja wina. Sam zgodziłem się na ten układ i nie mogę mieć do ciebie pretensji. Myślisz, że polubiliby mnie, gdyby poznali mnie jako Jacksona?
 Zachowujesz się, jak nakręcona fanka.
 Wcale nie  rzucił, marszcząc z niezadowoleniem nos.
 Ależ tak.
 Wypchaj się strunami od gitary, Hemmings.
 Jackson?
 Czego?  powiedział obrażony.
 Myślę, że chłopaki polubiliby cię jako Jacksona. I to bardzo.
                  To wystarczyło, by chłopak szeroko się uśmiechnął. I w gruncie rzeczy byłem pewny swoich słów. On miał w sobie to coś, co przyciągało ludzi. Miał charyzmę, pogodny sposób bycia i umiał żartować. Dodatkowo pomagał innym, nawet tym, którzy na to nie zasługiwali – ja byłem tego dobrym przykładem. Jackson był dobrym człowiekiem i śmiało mógłby stać się jednym z moich przyjaciół. Nie miałbym nic przeciwko temu.


***
Kolejny raz tajemnica została wyjawiona, tym razem specjalnie. Mamy też powrót Astro, który nadal chyba nie do końca lubi Hemmo - chociaż może teraz mu się trochę odmieni :D
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.

Standardowo zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje o tym, co i kiedy się pojawia.

Pozdrawiam i do następnego! 

#SobowtorFF



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz