sobota, 22 kwietnia 2017

#06 Cześć, słoneczko!

Luke

               Po wczorajszej rozmowie z Jacksonem w końcu zrozumiałem wszystkie błędy, jakie popełniłem. Nigdy więcej nie chciałem też dopuścić do tego typu sytuacji. Nie chciałem być więcej dupkiem w stosunku do ludzi, którzy tak bardzo we mnie wierzyli. To wszystko sprawiło, że jeszcze bardziej zapragnąłem zmiany.
               Nawet nie wiedziałem, kiedy zasnąłem. Gdy między mną a Tarą zapadła cisza, pogrążyłem się dalej w swoich myślach. Przymknąłem powieki, a ostatnie co pamiętam, to te weselsze i szczęśliwe wspomnienia z czasów, gdy między mną a chłopakami nadal panowała zgoda i przyjaźń. Kiedy wspólne przebywanie w swoim towarzystwie nie było trudne i uciążliwe. Brakowało mi tego i nawet nie próbowałem temu zaprzeczać.
                Obudziłem się, gdy w pokoju było już jasno. Spojrzałem w dół na kolorowy koc, którym byłem przykryty. Nie musiałem długo się zastanawiać, skąd się tu wziął. Tara musiała mnie przykryć, gdy tylko zorientowała się, że śpię. Nie budziła mnie, bym wyszykował się do spania. Po prostu pozwoliła mi odetchnąć i psychicznie odpocząć.
                Odwróciłem się, zerkając na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Ziewnąłem i podniosłem się z łóżka. Dzisiaj nie było czasu na leniuchowanie. W bibliotece pojawiła się dostawa, a szef chciał, byśmy ją rozłożyli i przyszykowali na nowy tydzień. Dlatego zamiast lenić się w niedziele, my musieliśmy stawić się w robocie. Nikt z nich nie miał nic przeciwko, szczególnie, że pan Grottger płacił podwójną stawkę za pracę w ten dzień. Pod tym względem nie obchodziły mnie pieniądze, ale to zawsze dodatkowa premia do pensji Jacksona, za którego teraz uchodziłem.
                 Tara musiała słyszeć, że wstałem, bo nie pojawiła się na górze. Z dołu dochodziła do mnie jej krzątanina. Po szczęku sztućców i talerzy wiedziałem, że jest w kuchni. Zabrałem z szafy czyste rzeczy, a następnie ruszyłem do łazienki, by doprowadzić się do jako takiego ładu. Nie chciałem prezentować się, jak ostatnia ofiara losu, choć tak się właśnie czułem.
                  Kiedy zszedłem na dół, jasno brązowe tęczówki od razu spojrzały w moją stronę. Tara dokładnie mi się przyjrzała, jakby szukała w moim zachowaniu dalszego załamania. Prawda była taka, że czułem się znacznie lepiej. W końcu przegryzłem problem, jaki od dawna miałem. Uśmiechnąłem się lekko, a dziewczyna szybko odpowiedziała tym samym. Podszedłem bliżej, opierając się o kuchenny blat. Rudowłosa wcisnęła mi w dłonie parujący, czerwony kubek. Do mojego nosa doszedł przyjemny zapach kawy.
 Dziękuję.
 Zrobiłam kanapki do pracy. Może być?
 Pewnie. Nie można narzekać na pełną obsługę  powiedziałem, a ona ponownie obdarzyła mnie uśmiechem. Lubiłem, gdy to robiła.
 Musimy się pospieszyć, aby Shawn na nas nie czekał. Śniadanie też zjemy na miejscu.
                 Kiwnąłem głową, przystawiając kubek do ust. Upiłem niewielki łyk gorącego napoju, który skutecznie rozgrzał mnie od środka. Postawiłem go na blacie i znów skupiłem błękitne oczy na dziewczynie. Tara pakowała przygotowane jedzenie w białą reklamówkę. Kiedy zorientowała się, że się jej przyglądam, podniosła głowę i nasze spojrzenia znów się spotkały.
 Jak się czujesz?  zapytała powoli.
 Lepiej. Dziękuję.
 Powiesz mi w końcu, co się stało?
– Naprawdę nie chcę o tym mówić. Miałem po prostu mały spadek formy i…
 Jackson, martwię się o ciebie. Od jakiegoś czasu zachowujesz się…
 Jak?
 Inaczej.
 Nic mi nie jest. Wszystko jest w porządku. Musisz mi uwierzyć na słowo. Nie chcę, byś się martwiła.
                  Dziewczyna jeszcze przez chwilę nie odrywała ode mnie wzroku, a potem złapała moją dłoń. Podeszła bliżej, a ja odruchowo objąłem ją. Poczułem zapach jej delikatnych perfum, które szybko dotarły do mojego nosa. Ręce dziewczyny owinęły się wokół mojego pasa. Nie wiem, co mi odbiło, ale postąpiłem całkowicie bez kontroli i większego przemyślenia. Po prostu tchnięty nagłym impulsem, pocałowałem ją w czoło. Dopiero gdy Tara drgnęła, doszło do mnie to, co zrobiłem. Moje oczy powiększyły się. Przecież ona i Jackson to bliscy przyjaciele, ale pewnie też mieli, jakieś granice. Jeśli je, w jakiś sposób przekroczyłem, to mam przekichane. A może nic złego się nie stało?
 To było miłe  stwierdziła z uśmiechem, odsuwając się.  Jedziemy?
 Jedziemy  odpowiedziałem, walcząc z zakłopotaniem i lekkim zażenowaniem, które się we mnie skumulowało. Czemu to zrobiłem?


Tara

                 Biblioteka w niedzielę zawsze była zamknięta. Dzięki temu mogliśmy rozłożyć się z dostawą i nie przejmować się tym, że będziemy komuś zakłócać ciszę. Nikt też nam nie przeszkadzał i nie odrywał od pracy, jaką mieliśmy wykonać. Podzieliliśmy się zadaniami, które na nas czekały. Jackson pierwszy oznajmił, że weźmie się za rozpakowywanie nowych książek. Ja miałam wprowadzać je do systemu i odpowiednio oznaczać. Musiałam też oklejać je dodatkowym kodem kreskowym. Shawn roznosił gotowe pozycja na półki. Byliśmy, niczym biblioteczna taśma produkcyjna.
                 Poniosłam głowę znad listy, na której odhaczałam przyjęte tytuły. Mój wzrok zatrzymał się na blondynie, który pracował kawałek dalej. Właśnie otwierał kolejny nie za duży, brązowy karton. Shawn nachylił się, zerkając w tym samym kierunku. Po chwili mruknął pod nosem.
 Co jest?
 Jackson jest dziwny.
 Znowu zaczynasz?
 Ewidentnie coś się dzieje, ale on nie chce nic powiedzieć. Po wczorajszym… Po prostu się o niego martwię, okej?
 On zawsze wszystko ci mówił.
 No właśnie  mruknęłam, marszcząc czoło.  To nie jest Jackson.
 Co?  odparł ze śmiechem Shawn.  A niby kto?
– Nie wiem, ale… Nic mi tu nie pasuje.
 Może w nocy porwali go kosmici i go podmienili. A teraz mamy do czynienia z jego dziwnym sobowtórem  pociągnął chłopak, śmiejąc się cicho pod nosem.  Może prawdziwy Jackson utknął na statku kosmicznym, gdzie przeprowadzają na nim eksperymenty?
 To nie jest zabawne.
 Wyluzuj. Nic mu nie będzie.
 To nie jest Jackson.
 Przestań czytać kryminały i horrory, bo zaczynasz bawić się, w jakieś dziwne teorie spiskowe  pociągnął Shawn, a następnie wyprostował się.
                  Oboje spojrzeliśmy ponownie w stronę blondyna. Siłował się właśnie z kartonem, którego nie mógł otworzyć. Złapał za jego górną część, a potem jeszcze mocniej pociągnął, zapierając się nogami. To była chwila, gdy tektura i gruba taśma klejąca puściła. Chłopak nie utrzymał równowagi i poleciał do tyłu, wpadając wprost w puste kartony, które wcześniej zdążył opróżnić. Rozległ się huk, gdy zgniotły się pod jego ciężarem. Przez chwilę w górze widzieliśmy tylko jego dyndające stopy.
 Nic mi nie jest!  krzyknął, wyciągając rękę i machając nią.
 Co za kretyn  podsumował Shawn.  Czyli to nasz Jackson. On zawsze coś odwali.
                   Ponownie skupiłam wzrok na chłopaku, który powoli wstawał z podłogi. Otrzepał koszulkę i spodnie, a następnie spojrzał w naszą stronę. Jego policzki były zaczerwienione. Uśmiechnął się jednak, by po chwili wrócić do przerwanej pracy.
                   Zacisnęłam usta, jeszcze przez moment go obserwując. Naprawdę czułam, że coś jest nie tak. Jackson miał, jakąś tajemnicę lub duży problem, o którym nie chciał rozmawiać. Jego zachowanie coraz bardziej mnie niepokoiło. Zawsze był otwarty wobec mnie. Zresztą, to działało też i w drugą stronę. Mówiliśmy sobie wszystko, obojętnie, jak upokarzające czy nieprzyjemne to mogło być. Nasza relacja w dużej mierze opierała się na szczerości i zaufaniu, dlatego byliśmy tak dobrymi przyjaciółmi. Od jakiegoś czasu wszystko się zmieniło. I nie była to dobra zmiana.


Jackson

                Miałem dość siedzenia i czekania na cud. W końcu postanowiłem działać. Od rana przyjąłem odpowiednią strategię. Dziś w końcu chciałem zmusić chłopaków do rozmowy. A przynajmniej jednego z nich. Mój wybór padł na Caluma. Liczyłem na to, że to właśnie on będzie pierwszym, który się przełamie i który zechce mnie wysłuchać. W tym celu napisałem do Luke'a, by zdobyć od niego adres zamieszkania Hooda. Gdy byłem wyszykowany do wyjścia, zamówiłem taksówkę i opuściłem mieszkanie. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Uda się lub nie. Nawet jeśli teraz nie wyjdzie, miałem do dyspozycji jeszcze pozostałą dwójkę.
                Czekając na przyjazd taksówki, odpaliłem Twittera. Wszedłem kontrolnie na profil Lorraine. Chciałem mieć pewność, że dziewczyna nie napisała nic na mój temat po wczorajszym spotkaniu. Nic z tego. Zrobiłem wielkie oczy, widząc zdjęcie dużego bukietu kwiatów. Nad nim znajdował się napis: od mojego ukochanego. Do tego emotka z całusem i serduszko. Albo miałem rozdwojenie jaźni, albo dziewczyna postanowiła sama siebie obdarować takim oto prezentem. By mieć pewność, że bukiet nie wyszedł od Hemmingsa, zadzwoniłem do niego. Ten parsknął śmiechem, a potem stwierdził, że Lorraine musiało w końcu jeszcze bardziej paść na głowę. Wniosek był tylko jeden. Panna koniecznie chciała wzbudzić zainteresowanie. Naprawdę sądziła, że Luke  czyli ja  się nie zorientuje? Zastanawiałem się, po co to robiła?
                Nie byłbym sobą, gdybym to zignorował. Nie ma nic lepszego, niż utarcie nosa osobom, które mijają się z prawdą. Zresztą, dla mnie to było po prostu dziecinne zachowanie. Zupełnie niepotrzebne. Wszedłem na jej tweeta, a następnie podałem go z własnym komentarzem.

@Luke5SOS Masz jakiegoś nowego faceta?

               Odzew był szybki i skuteczny. Zaśmiałem się do komórki, kiedy fani zaczęli odpowiadać na mojego tweeta. Cała ta sytuacja mocno mnie bawiła. Dodatkowo odprężyła przed spotkaniem, do jakiego się szykowałem. Minęło może z dziesięć minut, jak wpis Lorraine został skasowany.

@Madeline667 Uuu… Ktoś tu kłamał! I tak mam screena. To, co zostaje wrzucone do sieci, zostaje w sieci. Szach-mat!

                Zaśmiałem się ponownie. Polubiłem tweeta Madeline i przy okazji zaobserwowałem ją. Wszystko to było po prostu komiczne. Czy Lorraine naprawdę była tak głupia, by bawić się w takie rzeczy i naginanie rzeczywistości, tylko dlatego żeby pochwalić się, z kim aktualnie jest w związku?
                W końcu oderwałem wzrok od telefonu. Taksówka zatrzymała się przy wjeździe do bramy. Szybko ruszyłem w jej stronę, wsuwając komórkę do kieszeni. Otworzyłem tylne drzwi. Wpakowałem się na siedzenie, witając się jednocześnie z kierowcą. Następnie podałem mu adres. Teraz cała moja uwaga skupiła się na planie, jaki miałem zamiar zrealizować.
                Kiedy dotarłem do celu, zapłaciłem za przejazd, a następnie wysiadłem, żegnając się szybko z taksówkarzem. Spojrzałem na ciemny budynek. Sprawdziłem numer  zgadzał się. W momencie gdy podszedłem do drzwi wejściowych, one otworzyły się. Na zewnątrz pojawił się wysoki mężczyzna. Wykorzystałem to i podbiegłem do drzwi, by w ostatniej chwili je złapać. Nieznajomy kiwnął mi głową i uśmiechnął się. Odpowiedziałem tym samym, a następnie zniknąłem we wnętrzu wysokiego bloku.
                 Przeszedłem wzdłuż jasnego korytarza, na którym było nieco chłodniej. Z tego, co powiedział Luke, Calum mieszkał na drugim piętrze. Darowałem sobie czekanie na windę, kierując się w stronę schodów. A raczej podążając za tabliczką, która wskazywała boczne przejście.
                 Ponownie wyszedłem na hol. Teraz musiałem odnaleźć tylko odpowiedni numer mieszkania. Bułka z masłem. Powoli ruszyłem przed siebie, rozglądając się na boki, by go nie przegapić. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem, gdy w końcu zatrzymałem się przed konkretnymi drzwiami. Bez jakiegokolwiek zawahania nacisnąłem na dzwonek. Usłyszałem jego stłumiony dźwięk po drugiej stronie. Potem rozległy się ciche kroki.
                 Przystąpiłem z nogi na nogę, czując się zniecierpliwiony. Jednak po chwili drzwi otworzyły się. Zaczerpnąłem głośniej powietrze, kiedy spojrzałem na Caluma. Miał na sobie szare, krótkie spodenki i białą koszulkę. Zerknął na mnie, a na jego twarzy wymalowało się niezadowolenie.
– Ja…
 Nie ma mowy. Spierdalaj.
                Nie zdążyłem powiedzieć nic więcej, bo Hood pokazując dobitnie swoje nastawienie do Hemmingsa, demonstracyjnie zatrzasnął mi drzwi tuż przed nosem. Wytrzeszczyłem oczy z niedowierzaniem.
 Serio?! Cal, chcę pogadać i…
 Odwal się do cholery! Nie mam ochoty nawet na ciebie patrzeć! Odejdź!
 Nigdzie nie idę!
 To życzę powodzenia!
– Będę tu siedział tak długo, dopóki mnie nie wysłuchasz!
 Tym bardziej życzę ci powodzenia!
 Zobaczymy!
                Przekrzykiwaliśmy się, jak filmowa para w trakcie kryzysu w związku. Jednak i tak to była najdłuższa pseudo rozmowa, do jakiej doszło, odkąd zamieniłem się miejscami z Lukiem. Czy mogłem to uznać, jako postęp? Nie do końca, ale nie zamierzałem rezygnować. W akcie swojego zacięcia i uparcia, usiadłem na podłodze, opierając się plecami o drzwi mieszkania. Wyciągnąłem telefon.

Do Calum:
Nadal tu jestem i nigdzie nie idę!

               Nie dziwiłem się, że Hood nie odpisał. Wpadłem na kolejny idealny pomysł, który być może pomoże mi go złamać. Chociaż z drugiej strony mogło to go rozwścieczyć jeszcze bardziej, ale brałem tę konsekwencję na przysłowiową klatę. Co dziesięć minut wysyłałem mu tą samą wiadomość, licząc na to, że chłopak w końcu skapituluje, a ja dopnę swego.
                Westchnąłem pod nosem, przerywając grę. Zerknąłem na zegarek. Nadal siedziałem na klatce schodowej, a od mojego pojawienia się w budynku minęły prawie dwie godziny. Nie ma co, Hood był uparty. Wysłałem mu następną wiadomość, aby miał pewność, że i ja się nie poddałem. Trafił swój na swego. Nie zamierzałem ruszać stąd tyłka. Z drugiej strony miałem nadzieję, że Calum zmięknie i nie skarze mnie na głodowanie i koczowanie w tym miejscu przez następne kilka dni.
                Nagle usłyszałem kroki, które dochodziły zza drzwi. Nie zdążyłem się ruszyć, gdy raptownie otworzyły się. Skutek tego był taki, że poleciałem do tyłu, padając na plecy tuż pod nogi basisty. Chłopak uniósł jedną brew, mierząc mnie wzorkiem. Uśmiechnąłem się szeroko.
 No, hej  wydusiłem, patrząc na niego z dołu.
 Właź do cholery  mruknął, odsuwając się od wejścia.
                Pospiesznie podniosłem się, a następnie wszedłem do mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Rozejrzałem się kontrolnie po jasno-brązowym wnętrzu. Calum utrzymywał tu dość nowoczesny i minimalistyczny styl, który teraz był tak bardzo na czasie. Przez to cały salon, połączony z kuchnią, wyglądał na o wiele większy, niż był w rzeczywistości. Podszedłem do kanapy i nie czekając na jego przyzwolenie, usiadłem. Ciemne tęczówki chłopaka ponownie skupiły się na mnie. Miny to nie miał nazbyt zachęcającej ani tym bardziej zadowolonej. Będzie ciężko.
 Czego chcesz?
 Chcę porozmawiać i…
 Nie.
 Ale…
 Nie będę gadał z tobą sam.
 Mam przyjść z mamą czy jak?  odparłem nie za bardzo wiedząc, o co mu chodzi.
 Zadzwoniłem do chłopaków. Ashton niedługo tu będzie.
 A Michael?
 Nie przyjdzie. Na razie nie chce mieć z tobą nic wspólnego.  
                 Mimo tego, że nie byłem prawdziwym Lukiem to i tak poczułem się dotknięty jego słowami. Zrobiło mi się przykro z uwagi na to, co się między nimi działo. Ten radosny i pełen pasji zespół zmienił się w coś negatywnego. Nie byli tymi, za kogo uchodzili w mediach. My widzieliśmy tylko to, co chcieli nam pokazać. Chociaż niektórzy fani domyślali się, że coś może się dziać.
 Chcę poga…
 Przymknij się. Dopóki nie przyjdzie Ash, masz się do mnie nie odzywać.
 To twój adwokat?  Calum zmrużył oczy.  W porządku, będę cicho.  Rozsiadłem się, opierając dłonie na udach. Zabębniłem w nie palcami.  Mogę cię o coś poprosić?
 Miałeś zamknąć jadaczkę.
 Chciałem tylko szklankę wody, ale… Okej, wytrzymam.
                 Hood westchnął pod nosem, a następnie bez słowa ruszył do kuchni. Widziałem, jak otwiera lodówkę. Potem odwrócił się, a ja dostrzegłem w jego dłoni puszkę ze słodkim napojem. I całe szczęście, że postanowiłem nie spuszczać go z oczu, bo basista zamachnął się i rzucił nią we mnie. Gdybym nie mój całkiem niezły refleks, z pewnością nabiłby mi tym guza.
 Dziękuję.
                 Chłopak nie odezwał się, tylko usiadł na fotelu. Wyciągnął telefon i skupił na nim swoją całą uwagę, zupełnie mnie ignorując. Odczekałem chwilę, a potem otworzyłem puszkę. Upiłem łyk zimnego napoju. Musiałem czekać na pojawienie się perkusisty, bo bez niego nici z rozmowy.
                Minęło pół godziny, a może i czterdzieści minut, kiedy drzwi do mieszkania Hooda ponownie się otworzyły. Nerwowo drgnąłem, gdy do pomieszczenia wszedł Ash. Uniósł brwi, mierząc mnie wzrokiem. Po jego minie wnioskowałem, że i on nie jest zbytnio zadowolony z tego spotkania. Bez słowa podszedł do drugiego fotela, nadal trzymając odpowiedni dystans między nami.
 Co on tu robi?  zapytał, wskazując mnie palcem.
 Chciał pogadać  powiedział przesłodzonym głosem Calum, a potem udał, że wymiotuje.
                Zwiesiłem głowę, starając się, jakoś opanować. Nie byłem ich prawdziwym przyjacielem, a to i tak nie było zbyt miłe. W końcu wziąłem głębszy wdech i ponownie spojrzałem na chłopaków. Szeptali cicho do siebie, jakby odbywali szybką naradę.
 Czy teraz będę mógł coś powiedzieć?  odezwałem się, a oni powoli odwrócili się. Ich wzrok znów skupił się na mojej osobie.  To dla mnie ważne.
 Typowe dla ciebie. Zawsze myślisz, tylko o sobie. Nie przyszło ci do głowy, że może my nie chcemy tego słuchać?  rzucił Irwin, krzyżując dłonie na klatce piersiowej.
 Chcę przeprosić.
 Co?  wydusił Calum, a potem nerwowo zaśmiał się.  Przeprosić?
– Za co konkretnie, Luke?  pociągnął perkusista, patrząc na mnie z kpiną.  Za to, jak nas olałeś? Za swoje podejście do fanów, które było dla nich mocno poniżające? Za to, że kiedy na ciebie liczyliśmy, ty odwróciłeś się od nas? Za te wszystkie gorzkie słowa, jakie od ciebie usłyszeliśmy? Za to, jak pozwoliłeś tej suce wpierdalać się w nie swoje sprawy? Za to, jak nie reagowałeś i przytakiwałeś na wszystko, co powie? Jesteś jej popychadłem, więc spieprzaj do niej i myśl sobie nad tą solową karierą, na którą ona tak cię namawia!
– Ja…
 Tak, przepraszaj, Hemmings. Ciekawe kiedy znów ci się odmieni i kopniesz nas w dupę.
 Nie, nie, nie  rzuciłem, wstając.  Ja naprawdę… Zrozumiałem wiele rzeczy. W końcu zobaczyłem te wszystkie błędy i to, jaki byłem. A byłem idiotą, kretynem i dupkiem i… Nawet nie mam odpowiedniego słowa na to, by to określić. Zachowywałem się nie porządku i robiłem rzeczy, z których nie jestem dumny. Pogubiłem się.
 I nagle cię olśniło  powiedział Ash, kręcąc głową.  Fascynujące.
 I tak można to określić. Zresztą, nie ważne. Chodzi o to, że cholernie was zawiodłem…
 Powiedz to Michaelowi.  Zamrugałem, nie do końca wiedząc, o co chodzi.  Przyznaj się, jak bardzo wtedy zjebałeś.
 O jaką konkretnie sytuacje chodzi? Zjebałem bardzo wiele rzeczy  odpowiedziałem dyplomatycznie, mając nadzieję, że chłopaki zaraz mi to wytłumaczą.
– W tej największej. Kiedy góra na niego naciskała. Kiedy kazała mu wychodzić publicznie do ludzi, mimo tego, że miał depresję. Gdzie nie mógł liczyć na wizyty u psychologa, choć chciał do niego chodzi, ale menadżer powiedział, że nie ma na to czasu ani możliwości. Nie chciał, by to przeciekło do opinii publicznej. Jedyne, co dali Michaelowi to pojedyncze spotkania z psychiatrą i paczkę prochów, które miały mu pomóc. Praktycznie nie sypiał, ciągle żył pod presją i stresem, z którym sobie nie radził. Staraliśmy się mu pomóc, dać w wsparcie. A gdzie ty wtedy byłeś?  Zamarłem, nie mogąc oderwać od niego zszokowanego wzroku.  Ty wolałeś chodzić na imprezy. Miałeś go gdzieś i się tego nie wyprzesz. Ani razu nie zapytałeś, jak się czuje i czy sobie radzi. Nie porozmawiałeś z nim, choć on wielokrotnie o to prosił. A kiedy wpadliśmy na pomysł, by zrobić dłuższą przerwę, by Michael mógł tak naprawdę odpocząć i dojść do siebie, stwierdziłeś, że przesadzamy. Gdybyś się trochę tym zainteresował wiedziałbyś jak bardzo źle jest. Ale i tak nic z tego nie wyszło, bo menadżer i tak wrzucił nas w kolejny wir wywiadów, spotkań i występów. A ty dalej byłeś totalnym ignorantem.
 Jak… Jak teraz czuje się Michael?
 Nagle zaczęło cię to obchodzić?  odparł Calum, a potem zacisnął zęby.
– Ja… Matko, byłem takim kretynem.
 Mało powiedziane  dodał Ash, przekręcając oczami.  Czemu ci się nagle odmieniło? Twoi nowi kumple się od siebie odsunęli? A może to kolejna zagrywka i…
 Ashton  powiedziałem, kręcąc głową.  Ja naprawdę w końcu przejrzałem na oczy. Chcę to, jakoś naprawić…
 Przyćpałeś się? 
 Co?
 Nie udawaj. Widziałem cię  pociągnął perkusista, krzywiąc się.  Raz, zaraz po zejściu ze sceny, Lorraine ci coś dała, a ty włożyłeś to do ust. Drugim razem nakryłem cię w garderobie, gdy coś wciągałeś w kącie pokoju. Nie wmówisz mi, że nie było to nic takiego.
 Skończyłem z tym  powiedziałem szybko, jednocześnie machając ręką.  Naprawdę zrozumiałem wszystko. Musicie mi uwierzyć. Chcę to wszystko naprawić. Chcę, by było tak, jak dawniej. I nie mówię tu tylko o zespole. To jest mniejszy priorytet. Chcę odzyskać to, co było poza tym. Kiedy byliśmy zgranymi przyjaciółmi, pełnymi marzeń i pasji. Bo to było najpierw. I to było najważniejsze. Ta relacja, jaką udało nam się zbudować. Jednak sam tego nie odbuduję. Nie poradzę sobie z tym, jeśli wy będziecie wciąż mnie odtrącać. Ja wiem, że zawaliłem i to prawie na każdym roku, ale… Proszę was tylko o jedną szansę, której już nie zmarnuję. Straciłem w całości wasze zaufanie i jestem tego świadom. To tylko i wyłącznie moja wina, ale… Błagam, pozwólcie mi, chociaż spróbować naprawić to, co zepsułem.
                 Między nami ponownie zapanowała cisza. Miałem wrażenie, że słyszę swój oddech i bicie serca. Chłopaki wymienili spojrzenia. Przez moment wyglądali tak, jakby umieli porozumiewać się między sobą bez słów. W końcu Irwin lekko kiwnął głową. Znów odwrócili się w moją stronę.
 Niech ci będzie, kutasie. Zobaczymy, czy te twoje zapewnienia są w ogóle cokolwiek warte  mruknął Calum.
 Ale zjeb to raz jeszcze, a to będzie ewidentny koniec. Bo ja… Ja już mam tego dość.
 K-koniec?
 Tak  powiedział Irwin, kiwając dodatkowo głową.  Myśleliśmy nad tym, by zakończyć działalność zespołu, skoro jedna jednostka ma nas w dupie. Może nie tyle zakończyć, ile cię po prostu z niego wypieprzyć.  Wytrzeszczyłem oczy.  Jednak skoro uważasz, że się cudownie odgarnąłeś i jesteś w stanie znów być tym dawnym Hemmingsem, to… Możemy spróbować.
 Naprawdę?
 A wyglądam, jakbym sobie robił żarty?  mruknął Ash, zerkając na mnie z kpiną.  Postaraj się, to może coś z tego będzie.
 Wiecie, że to też działa w drugą stronę?
 O nas się nie martw. To ty jesteś na cenzurowanym  powiedział Hood, wzruszając ramionami.
                  Odetchnąłem z ulgą, widząc, że mój plan w połowie się udał. Teraz tylko musiałem znów przeciągnąć ich sympatię na swoją stronę i popracować nad Cliffordem, którego Luke chyba najmocniej zranił. Mimo tego byłem pełny optymizmu. Cieszyłem się, że jednak się nie poddałem i doprowadziłem do tej rozmowy, która nie była zbyt miła, ale za to jeszcze bardziej zarysowała mi sytuację i to, co działo się między chłopakami.
                  Z drugiej strony nie mogłem uwierzyć w to, że Luke zachowywał się tak podle w stosunku do nich. Do swoich najbliższych przyjaciół. Że odsunął ich na bok, koncentrując się na obcych i świeżych znajomych. Bagatelizował problemy, nie liczył się z niczym. Nie wyobrażałem sobie tego, by w mojej paczce mogło dojść, do czegoś takiego. Jak bardzo Hemmings musiał być zaślepiony, że nie widział tego, jak bardzo ich krzywdzi? Ale znając jego i to, w jaki sposób funkcjonował w tym niezbyt dobrym dla siebie okresie, wnioskowałem, że nawet go to za bardzo nie obchodziło. I to było cholernie przykre i żałosne jednocześnie.


Tara

                  Wiedziałam, że nie powinnam tego robić. Jednak przez cały czas miałam dziwne przeczucie, że z Jacksonem coś się dzieje. Coś niedobrego. Byłam pewna, że może wpakował się, w jakiś szajs, a teraz nie potrafi z niego wyjść. Mimo tego, że wiedział, że może liczyć zarówno na mnie, jak i na Shawna, bo już nie raz pomagaliśmy sobie w różnych sytuacjach, to teraz milczał, starając się udawać, że nic się nie dzieje.
                  Zerknęłam kontrolnie w stronę drzwi od łazienki. Blondyn siedział w niej od jakiegoś czasu, a po odgłosach, jakie z niej dochodziły wiedziałam, że bierze kąpiel. Cicho przeszłam przez korytarz, a potem wślizgnęłam się do jego pokoju. Zapaliłam światło.
                  Nigdy nie byłam zwolenniczką naruszania czyjeś prywatności. Nie podobało mi się to, jak ktoś grzebał w czymś, co do niego nie należało. Teraz jednak sama zamieniałam się w wścibską osobę. I nie byłam z siebie dumna. Czego szukałam? Czegokolwiek, co tylko utwierdzi mnie w moich własnych przekonaniach odnośnie przyjaciela.
                 Rozejrzałam się dookoła. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to porozwalane na łóżku ubrania. Przeszłam cicho w głąb pomieszczenia. Dotarłam do biurka. Otworzyłam pierwszą szufladę, ale nie znalazłam w niej nic, oprócz kilku długopisów, linijek, zakreślaczy i czystych karteczek samoprzylepnych. Zamknęłam ją cicho, zaglądając do następnej. Tam natknęłam się na następne zadrukowane papierzyska, rozerwane koperty i luźne notatki. Przejrzałam je szybko, starając się być dokładną. Nic jednak nie znalazłam.
                 Przeniosłam się na drugą część biurka. Szturchnęłam przez przypadek mysz, którą miał podłączoną do laptopa. Wtedy ekran zapalił się, a ja spojrzałam na uruchomiony komunikator. Odwróciłam się jednak. Chciałam wrócić do tego na samym końcu. Wysunęłam kolejną szufladę. Uniosłam brwi, widząc kolejną odręcznie zapisaną kartkę. Powoli wyciągnęłam ją, wpatrując się w nieznane pismo i słowa, jakie zostały na niej zanotowane. 
 Jackson Hamilton. Student. Pracuje w bibliotece w Arlen Town. Przyjaciele to Tara Owen i Shawn Boswell. Nie nazywać jej Tamarą, bo tego nie lubi. Rodzice to Andrew i Eva. Matka prowadzi kwiaciarnię, ojciec jest księgowym…
                  Nie doczytałam do końca, odrywając wzrok od kartki. Co to do cholery było? Po co ktoś zrobił Jacksonowi listę danych na temat jego samego? Poczułam, jak zatrzęsła mi się dłoń. Po plecach przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz, gdy moja wyobraźnia zaczęła pracować na szybszych obrotach. Przez to wszystko zaczęłam naprawdę wierzyć w to, że w łazience jest ktoś, kto tylko udaje mojego najlepszego przyjaciela. Ile do cholery sobowtórów Jacksona chodzi po tym świecie?
                  Podskoczyłam i prawie wrzasnęłam ze strachu, gdy rozległ się dźwięk powiadomienia, który doszedł z komputera. Na szczęście zatkałam sobie usta dłonią, dzięki czemu nie wydałam z siebie żadnego kompromitującego ani zdradzającego moje położenie pisku. Oddech odrobinę mi przyspieszył, kiedy podeszłam do laptopa. Blondyn miał ustawiony status na zaraz wracam. Kliknęłam w dymek, by wyświetlić rozpoczętą przez kogoś rozmowę. Nie zwróciłam uwagi na nick, tylko na treść, która się pojawiła.

Od HemmHemm69:
Księżniczko, mam dobre wieści. Jak będziesz miął czas, to koniecznie dzwoń. Będę cały czas przy kompie.
Twój zacny i najlepszy wybawiciel ze wszelkiej opresji, najbardziej zabawny i przystojniejszy, niż ty  Sir Jackson XD

                Poczułam kolejny dreszcz, jaki przebiegł mi po plecach. Teraz zupełnie nie wiedziałam, co się działo. Jednego byłam pewna. Osoba, z którą od jakiegoś czasu mieszkałam pod jednym dachem ewidentnie nie była tym, za kogo się podawała. Kim więc do cholery był ten chłopak i co takiego robił w moim domu? I gdzie był prawdziwy Jackson?


Luke

                 Wyszedłem z łazienki. Poprawiłem wilgotne włosy, które opadły mi na czoło. Podciągnąłem krótkie spodenki, wiążąc z ich sznurków kokardkę. Zgasiłem światło i ruszyłem do swojego tymczasowego pokoju. Minąłem próg, od razu pstrykając przełącznikiem.
               Jak tylko zrobiło się jaśniej, wydarzyło się coś, co kompletnie mnie zaskoczyło, zszokowało, a nawet naprawdę mocno wystraszyło. To była chwila, jak przed moimi oczami pojawiła się rozpędzona rakieta do badmintona. Dostałem nią prosto w czoło. Krzyknąłem w panice, cofając się. Nie utrzymałem jednak równowagi i poleciałem w dół, rozkładając się, jak długi na podłodze. Jęknąłem pod nosem, czując pulsujący ból w skroni.
– Odbiło ci?!
               Spojrzałem z pretensją na stojącą kawałek dalej Tarę. Uniosła rakietę i przybrała pozę, jakby chciała uderzyć mnie po raz kolejny. Zupełnie nie wiedziałem, o co jej chodzi i co takiego się stało, że zmieniła się w tak agresywną pannę. Musiałem też przyznać jej to, że miała w rękach sporo siły, choć na taką nie wyglądała.
 Kim do cholery jesteś i gdzie jest Jackson?!
              Wytrzeszczyłem oczy, rozchylając lekko usta. Jak się zorientowała? Tego nie wiedziałem. Jedno było pewne. Miałem kłopoty. Nie tylko ja, ale także jej kumpel. Tara z pewnością nie będzie zadowolona z tego, co zrobiliśmy. Dostrzegłem, jak zaciska wargi, a jej palce mocniej obejmują rączkę od rakiety.
 Ja jestem Jackson!
 Gówno prawda!
 Tara, posłuchaj…
 W takim razie po co było ci to?  pociągnęła, rzucając w moją stronę kartkę.
               Nadal utrzymywała odpowiedni dystans między nami. Złapałem kawałek papieru, od razu go rozpoznając. Był to spis faktów i rzeczy do zapamiętania, które podyktował mi Jackson, gdy siedzieliśmy u niego w samochodzie. Przez chwilę wpatrywałem się w swoje pismo, a potem znów utkwiłem błękitne oczy w dziewczynie.
 Ja wszystko ci wytłumaczę, tylko… Możesz to dołożyć?
 Kim jesteś?  odparła, nie zmieniając pozycji.
 Luke Hemmings.  Uniosła jedną brew, a potem parsknęła śmiechem. Nie uwierzyła mi. – Mówię poważnie.
 Ten Luke Hemmings? Z zespołu 5 Seconds of Summer?  Pokiwałem głową.  Niby co Luke Hemmings miałby robić w Arlen Town? Co miałby robić w moim domu?
 Jadąc do Los Angeles zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, tej zaraz przy głównej ulicy. Wtedy spotkałem Jacksona i... Zaczęliśmy rozmawiać i rzuciłem dla żartu, by się zamienić i… Wyszło tak, że jednak ja stałem się nim, a on mną  pociągnąłem, naginając odrobinę prawdę.
 Niezła historia, jakiś thriller? Dramat? Komedia?
 Mówię prawdę!
 Nie wierzę! Mów, kim jesteś!
 Na biurku leży portfel. W środku znajdziesz kartę wydaną przez bank, w którym mam konto. Jest tam podane moje imię i nazwisko.
 Mogłeś mu tę kartę ukraść!
 Tara, czy ty zwariowałaś?
 Zwariowałam? To ty udajesz mojego najlepszego kumpla! Gdzie jest Jackson?
 Jest w moim mieszkaniu w Los Angeles.
 Co?!
 Połącz się z nim na komunikatorze. Jego nick to HemmHemm69.
 Ale masz się nie ruszać!
 Siedzę w miejscu  powiedziałem, unosząc ręce.
                 Tara zawahała się. Jednak ostatecznie ruszyła w stronę komputera, nadal bacznie mnie obserwując. Jednak gdy tylko odwróciła się do ekranu, poderwałem się z miejsca, rzucając się w jej kierunku. Zdecydowanie bezpieczniej czułbym się, gdyby odłożyła tę przeklętą rakietę. Doskoczyłem do niej. Dziewczyna warknęła pod nosem, kiedy złapałem za jej prowizoryczną broń. Wyrwałem ją z jej dłoni i… Wtedy znowu oberwałem.
                 Rudowłosa uderzyła mnie łokciem, a potem złapała za moje ramiona. W totalnym szoku, udało mi się spojrzeć przez krótką chwilę w jej jasno brązowe tęczówki, a potem poczułem ostry ból, który promieniował od brzucha po nogi. Dostałem z kolana w klasyczne najczulsze miejsce, jakie mogła wybrać.
                 Krzyknąłem, padając na podłogę. Zgiąłem się w pół, zasłaniając dłońmi krocze. Już nigdy nie uwierzę w to, że kobiety to delikatna i słaba płeć. Nie po tym, czego dzisiaj doświadczyłem. Łzy naszły mi do oczu. Oddech momentalnie przyspieszył. To cholernie bolało!
 Powaliło cię?!  jęknąłem, zerkając na nią spod przymrużonych powiek. Pociągnąłem nosem. Miałem ochotę się rozpłakać, jak dziecko.  Jesteś pieprzonym ninja czy jak?
– Gdybyś był Jacksonem wiedziałbyś, że mój ojciec to emerytowany wojskowy, który zadbał o to, by jego jedyna córka umiała się bronić.
 Mówiłem, że jestem Luke… Luke Hemmings! Dobry Boże, pomocy! Jak się przyjrzysz, to zobaczysz dziurkę po kolczyku w wardze!
 Taki kolczyk może mieć każdy.
 Moja matka to Liz…
 Fakty znane każdemu, kto choć trochę się tobą interesował. Łatwo można je znaleźć w internecie.
 Zapytaj Jacksona!
 Ostatni raz jak się odwróciłam, ty rzuciłeś się na mnie i…
 Chciałem ci tylko wyrwać tę przeklętą rakietę! Nie możemy załatwić tego na spokojnie? Ja nie będę nic robił, a ty obiecasz, że już więcej mnie nie uderzysz. Naprawdę nie zrobię ci krzywdy. Gdybym chciał coś ci zrobić, to przecież miałem ku temu okazję wcześniej.
                  Dziewczyna przez chwilę stała nieruchomo, nie odrywając ode mnie wzroku. Widać było, że zastanawia się nad moją pokojową propozycją rozwiązania konfliktu. Usiadłem na podłodze. Głowa rozbolała mnie jeszcze bardziej. Pierwszy raz dostałem łomot od kobiety. Silnej kobiety. Wolałem nigdy więcej nie zaleźć jej za skórę.
 Zgoda.  Kiedy to powiedziała, odetchnąłem z ulgą.  Więc nazywasz się Luke…
 Dokładnie. Przepraszam, że cię okłamałem i…
 Siadaj przy komputerze  przerwała mi, wskazując na urządzenie.  Chcę mieć dowód na to, że nie kłamiesz. Połączysz się z Jacksonem.
 Jasne, nie ma sprawy.  Skrzywiłem się, gdy podnosiłem się do pionu. Tara zacisnęła usta.
 Przepraszam – odparła, kiedy usiałem na krześle.  Nie chciałam cię uszkodzić.
 Wcale ci się nie dziwię. To… Totalnie pokręcone  powiedziałem, przysuwając się bliżej mebla. 
 Zaraz wracam  rzuciła, a następnie wyszła z pokoju.
               Miałem nadzieję na to, że nie przyniesie liny, szerokiej i mocnej taśmy klejącej ani czegoś takiego. Po tym co się stało, obawiałem się, że dziewczyna zaraz przytwierdzi mnie do krzesła  tak w ramach bezpieczeństwa. Ona jednak po kilku minutach wróciła do pokoju, niosąc worek z lodem. Zawinęła go w ścierkę, którą miała przewieszoną na ramieniu.
 Trzymaj.
 Dzięki  powiedziałem, przejmując od niej okład.
                Przycisnąłem go do czoła, czując natychmiastową ulgę. Nachyliłem się do komputera. Złapałem za mysz. Kliknąłem kilka razy w odpowiednich miejscach, by nawiązać połączenie z Jacksonem. Nie musiałem czekać długo na to, aż w końcu się pojawi. Zobaczyłem jego uśmiechniętą twarz na ekranie. Widać było, jak na dłoni, że jest z czegoś bardzo zadowolony.
 Luke, stary właśnie… Co ci się stało?
                 Dopiero po chwili zorientował się, że ja w porównaniu do niego nie czuję się, aż tak dobrze. Dostrzegł okład, który trzymałem przy czole. Uniósł brwi, zaciskając usta. Jego błękitne oczy nie odrywały się od mojej twarzy. Przyglądał mi się z uwagą, zapewne oceniając mój stan. Tara stała kawałek dalej. Kamera jej nie obejmowała, więc Jackson nie wiedział, że tym razem nie jesteśmy sami.
 Co jest? Książki w bibliotece spuściły ci manto?  pociągnął, chichocząc pod nosem.
                 Już otwierał ponownie usta, by znów zacząć mówić, kiedy obok mnie pojawiła się rudowłosa. Miała skrzyżowane na klatce piersiowej ręce, a jej wzrok nie odrywał się od ekranu, na którym widniał jej przyjaciel. Jak tylko Jackson ją zobaczył, wrzasnął, a potem odskoczył od komputera. Zachwiał się na krześle, w ostatniej chwili łapiąc się biurka, by nie paść na podłogę.
 O cholera… O w mordę… O… Cześć, słoneczko!  wydukał w końcu, robiąc się cały czerwony. 
 Chyba powinniście mi coś wyjaśnić  powiedziała, a ja zagryzłem wargę, zerkając to na niego, to na nią.
 Bo to… Jakby ci to…  dukał Jackson.  Bo to było tak, że…
 Przejdź do konkretów  odparła powoli Tara.
                  Chłopak wziął głębszy wdech i zaczął mówić, opisując jej dokładnie nasze pierwsze spotkanie. Z początku siedziałem cicho, ale potem zacząłem dodawać coś od siebie, by historia była przedstawiona też z mojej perspektywy. Dziewczyna patrzyła na nas z niedowierzaniem, czemu wcale się nie dziwiłem. Pomysł był dość ekstremalny, a my jednak i tak postanowiliśmy wcielić go w życie.
– Was porąbało  skwitowała, kręcąc głową.  Jesteście idiotami. Naprawdę sądziliście, że to się nie wyda?
 W sumie tylko ty odkryłaś prawdę, więc źle nie jest i…
 Dlaczego nie powiedzieliście mi od razu?!  przerwała mu rozdrażniona.
 Właśnie dlatego. Pewnie stwierdziłabyś, że to głupi pomysł…
 Nie do końca taki, aż głupi  rzuciłem, a potem wcisnąłem się w krzesło, widząc karcący wzrok dziewczyny.
 Nawet jeśli wam, aż tak odbiło, to powinniście mi powiedzieć!
 Słonko, spuść z tonu.
 Zabiję cię  warknęła, machając na niego palcem.  Jak tylko wrócisz do domu, to ukatrupię cię na miejscu.
 Zakopiesz mnie w ogródku?
 Zabójstwo z premedytacją  powiedziała, prostując się.  Dwa identyczne czubki. Nie mam do was siły.
 I tak mnie nie zabije. Za bardzo mnie lubi  zwrócił się do mnie Jackson, wzruszając ramionami. Zaśmiałem się pod nosem.  To ty go tak urządziłaś?
 Ty się jeszcze pytasz? Obcy dla mnie facet, włóczył mi się po domu i co miałam zrobić? Zaprosić go na ciastko i herbatkę?
 To akurat jest zrozumiałe. Nie dziwię się, że mi się dostało  powiedziałem, odciągając okład od czoła. Odłożyłem go na bok.  Zasłużyłem.
 Co teraz zamierzacie z tym zrobić? Nadal będziecie się w to bawić?
 Ja się, słońce, nawet jeszcze nie rozkręciłem  oznajmił Jackson z szerokim uśmiechem.  Ale dzisiaj był ewidentny postęp. Porozmawiałem w końcu z chłopakami. Może coś z tego będzie. Mamy się spotkać jeszcze raz i spędzić razem trochę czasu.
 Poważnie?  odparłem, robiąc wielkie, niczym spodki oczy.
 Musiałem się trochę nagimnastykować, by ich przymusić do tego, by otworzyli do mnie jadaczki, ale się udało. Mamy się umówić. Dam im dwa, góra trzy dni. Jak przez ten czas będą milczeć, znów przejmę stery.
 Wiesz, że osoby trzecie raczej nie pomagają w naprawianiu konfliktów?  odezwała się Tara, patrząc na niego uważnie.
 Nie jestem osobą trzecią. Jestem Luke Hemmings, matoł i gitarzysta z 5 Seconds of Summer. Ciebie moja droga, chcę prosić o to, byś zajęła się oryginalną wersją tego kretyna.
 Mam się bawić w nianię?
 Po prostu pomóż mu we wcielaniu się we mnie, okej? Zrobisz to dla mnie? Zaopiekuj się nim.
 Ej, nie jestem, jakiś upośledzony.
 Podyskutowałbym o tym, blondyneczko.
 Jak ty z nim wytrzymujesz pod jednym dachem  mruknąłem, z niezadowoloną miną. Teraz to ja skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej.
 Idzie się przyzwyczaić.
 Przynajmniej jestem zabawny, uroczy i seksowny.
 I do tego masz nie równo pod sufitem, ale do tego się nie chcesz przyznać  dodała Tara, a ja parsknąłem śmiechem.
 Ja? Ja?!
 A kto z biegu rzucił wszystko i zamienił się ze swoim sobowtórem miejscami? Kto wyjechał do innego miasta zupełnie bez słowa i…
 Dobra, masz rację. Ale jak będzie? Pomożesz mu?  Tara spojrzała na mnie, a ja na nią.
 Pomogę.
 Idealnie, misiaczki! Stworzymy super ekstra team! Tara, jak się spiszesz na medal, to przywiozę ci coś na wypasie z Los Angeles.
 Po prostu nie szalej i wróć cały i zdrowy do domu.
 Och, to urocze  zaświergotał Jackson. Wcisnąłem usta w koszulkę, by nie parsknąć śmiechem, na widok zniesmaczonej miny rudowłosej. Chłopak spojrzał na mnie.  A ty się nie przejmuj i wyluzuj. Wszystko mam pod kontrolą. Będę zdawał ci relację.
 Dzięki.
 To co tam jeszcze u was?  zapytał, przybliżając się do ekranu.
                  Tara podsunęła sobie drugie krzesło, siadając obok mnie. Ponownie pogrążyliśmy się w rozmowie, opowiadając o tym, co działo się u nas. Mimo tego, że byłem w ich towarzystwie obcy, to nie czułem się z tym źle. Udzielałem się w tej wymianie zdań, a oni nawet przez moment nie dali mi odczuć tego, że jestem tam niechciany. Naprawdę ich bardzo polubiłem. Nawet tego mojego wyszczekanego sobowtóra.


***
Mamy ewidentnie przełom w tych dwóch światach. Jak widać plan Jacksona wypalił. U Luke'a było gorzej, ale i tak nie tak masakrycznie, jak być mogło. Tara mogła przecież zafundować mu większy i gorszy łomot XD
Mam nadzieję, że rozdział się spodobał :)

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam informacje o tym, co i kiedy się pojawia.

Pozdrawiam i do następnego!

#SobowtorFF

4 komentarze:

  1. Biedny luke musiało boleć współczuje. Brawo Jackson. Tara w akcji super

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam Tarę! Bardzo fajny rozdział, mam nadzieję, że Jackson naprawi sytuację :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Cieszę się, że się spodobał :)

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń