środa, 19 kwietnia 2017

#05 Co ty wyprawiasz?

Luke

             Z uwagi na to, że dzisiaj mieliśmy wolne, mogłem pospać dłużej. Przyzwyczaiłem się już do nowego miejsca, pokoju i łóżka. Coraz lepiej się czułem, korzystając z ciszy, anonimowości i braku zainteresowania. Wyciszałem się, jednocześnie mogąc przemyśleć to, co ostatnio się działo w moim życiu. Po słowach Jacksona, kiedy to wytknął tylko niewielką ilość moich błędów, coraz częściej analizowałem nie tylko swoje podejście do innych, ale przede wszystkim decyzje i zachowanie. I jak na razie nie byłem z siebie zadowolony.
             Byłem pewny, że tę wolną sobotę spędzę siedząc w domu razem z Tarą. Nie miałem nic przeciwko, szczególnie, że naprawdę ją polubiłem. Była zabawna, wesoła i pogodna, co dla takiego smutasa, jak ja, było czymś w rodzaju psychicznej terapii. Przyjaciółka Jacksona była teraz moją przyjaciółką, a ja jeszcze bardziej zrozumiałem to, jak cholernie brakowało mi kogoś tak bliskiego. Kogoś, komu mogłem powiedzieć wszystko. Kogoś, z kim mogłem spędzać wolny czas, nie będąc stale pod presją i oceną. Kogoś, kto akceptował mnie takiego, jakim jestem. Choć w jej oczach nadal byłem Jacksonem, to korzystałem z tego towarzystwa. Szybko też doszło do mnie to, jak głupi byłem dopuszczając do tego, co zaszło między mną a resztą zespołu.
              Po śniadaniu Tara oznajmiła, że wpadnie do nas Shawn. Zaproponowała zrobienie grilla i posiedzenie w ogrodzie. Pogoda była znakomita, więc nie miałem nic przeciwko. Zanim jednak pojechaliśmy do sklepu, by zrobić zakupy, stanąłem przed kolejnym dość dużym zadaniem. Mianowicie, kiedy wychodziłem z pokoju, trzymając w ręku telefon i kluczyki od auta, komórka rozdzwoniła się w mojej dłoni. Oczy niemalże wyskoczyły mi z orbit, gdy zobaczyłem nazwę kontaktu. Dzwoniła matka chłopaka.
             Przyzwyczaiłem się do Tary i Shawna. Grałem przed moim pseudo szefem z biblioteki. Jednak nie miałem jeszcze styczności z rodziną chłopaka. Nic dziwnego, że szybko obleciał mnie stres. Musiałem jednak odebrać. W końcu to tylko rozmowa. O dziwo przebiegła ona całkiem naturalnie, choć kobieta dwa razy zapytała się mnie, czy na pewno wszystko jest w porządku. Nie wiedziałem, czy coś może mnie zdradziło  głos, a może nie tak sformułowane zdania  czy może była po prostu dociekliwa i odrobinę nadopiekuńcza w stosunku do syna. Czas niesamowicie mi się dłużył, ale w końcu nastał ten moment, kiedy pożegnałem się z matką Jacksona. Odetchnąłem z ulgą, choć ręce nadal odrobinę mi się trzęsły.
              Po przyjeździe ze sklepu, zabraliśmy się za przygotowywanie do spotkania. Tara buszowała w kuchni, robiąc sałatkę i przyprawiając mięso, które zamierzaliśmy upiec. Ja zaś szykowałem stół i grilla. Miałem też ułatwione zadanie, bo dziewczyna wydawała mi z góry polecenia, więc nie musiałem głowić się, co w takich sytuacjach należało do obowiązków Jacksona. Ona po prostu mówiła, a ja robiłem swoje.
 Wrzucę już to na grilla  powiedziała Tara, biorąc jedną z tacek.  Ułożysz mięso na kolejnej?
 Jasne. O której ma być Shawn?
 Pewnie niedługo się zjawi.
              Kiwnąłem głową. Dziewczyna odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia do ogrodu. Umyłem ręce, a następnie podszedłem do miski, w której znajdowały się przyszykowane kawałki piersi z kurczaka. Były już doprawione, więc nie musiałem bawić się w szefa kuchni. Złapałem za kolejną tackę, kładąc ją bliżej. Wziąłem pierwszy płat mięsa. Wtedy usłyszałem znajomy głos.
             Chłopak musiał minąć drzwi wejściowe i przejść bokiem, trafiając prosto do ogrodu. Nie rozumiałem słów, jakie wymieniają między sobą. Byli zbyt daleko, by można było ich dobrze słyszeć. Wzruszyłem ramionami, wracając do mojego zadania. Zdążyłem ułożyć starannie kawałek mięsa na tacce, kiedy doszły do mnie dziwne kroki. Szybko zorientowałem się, że nie należą do żadnego z nich. I na pewno nie należały do człowieka. Po chwili mój mózg zaskoczył, a ja odwróciłem się automatycznie w stronę wejścia do kuchni.
             To był moment, jak czarne ślepia skupiły się na mnie. Moje mięśnie spięły się, gdy stanąłem oko w oko z czarno-brązowym psem. Na jego szyi znajdowała się skórzana obroża z ćwiekami. Nie obleciałby mnie strach, gdybym miał do czynienia z Yorkiem czy Chihuahua. Problem był w tym, że miałem przed sobą Rottweilera. Wkurzonego Rottweilera.
              Pies zjeżył sierść. Nachylił się, wystawiając zęby i marszcząc nos. Z jego psyka wydobyło się głośniejsze warknięcie. Znał Jacksona i pewnie był do niego przyzwyczajony. Ja jednak byłem zupełnie obcy. Nie zgadzał się zapach, który był inny. Pieprzony pies mnie przejrzał i zaatakował.
               Kiedy rzucił się w moim kierunku, zadziałałem pod impulsem, ratując swój zakłamany tyłek. Nie zastanawiałem się długo nad tym, co robię. Po porostu wskoczyłem na blat, by być jak najdalej od rozwścieczonego zwierzęcia. Jego zęby musnęły materiał moich dresowych spodni. Nie udało mu się jednak w pełni mnie złapać. Podniósł się, opierając łapy o mebel. Odsunąłem się szybko, by mieć pewność, że jestem poza jego zasięgiem. Pies zaczął szczekać i warczeć jeszcze głośniej. Błagałem w myślach o to, by w końcu Tara lub Shawn tu przyszli i zabrali tego potwora.
               Moje modły dość szybko zostały wysłuchane. Do pomieszczenia wróciła rudowłosa. Zatrzymała się w progu, od razu dostrzegła scenkę, która się tu rozgrywała. Uniosła z zaskoczeniem brwi, a jej jasno brązowe oczy spoglądały to na mnie, to na psa, który nie zaprzestawał próby pożarcia mnie.
 Co ty wyprawiasz?
 Co ja wyprawiam?!  rzuciłem z niedowierzaniem, a potem zamachałem rękami w kierunku psa, by pokazać, co jest powodem tego, że stoję na blacie, jak kretyn.  Co wyprawiam?!
 Przecież to Astro  powiedziała, podchodząc bez strachu do Rottweilera.
 Ja go poznaje, problem w tym, że mu odbiło i on nie poznaje mnie!
 Astro!  zawołała, chcąc kucnąć.
 Uważaj, bo odgryzie ci głowę!  odparłem, zaczynając się bać o to, że zaatakuje także i ją.
                Pies jednak zostawił mnie w spokoju, a potem podreptał do niej. Spojrzałem z niedowierzaniem na to, jak zaczyna machać z radością ogonem. Z groźnego psa, zmienił się w potulną, żywą maskotkę, która łasiła się do jej nóg, niczym kot. Musnął pyskiem jej dłoń, by zdobyć jeszcze trochę pieszczot. Dziewczyna podrapała go za uchem. Odetchnąłem z ulgą, gdy chwyciła go za obrożę.
 Złaź, panienko  powiedziała rozbawiona.
 Odbiło mu  wymamrotałem, nie ruszając się z miejsca.
 Jest już okej.
               Niepewnie i z nieukrywanym zawahaniem, powoli zszedłem z blatu. Pies odwrócił swój pysk. Na szczęście nie warczał i nie skakał w moim kierunku. Jakby obecność Tary go uspokoiła. I mnie przy okazji też.
– Co się stało?  zapytał Shawn, wchodząc do kuchni.
 Rzucił się na mnie  jęknąłem, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. Zrobiłem niezadowoloną minę, kiedy chłopak zaśmiał się cicho.
– Przepraszam za niego. Nie wiem, co mu odbiło. Dzisiaj rano obszczekał też mikrofalę, gdy robiłem sobie śniadanie. Chyba to nie jest jego dzień  pociągnął, zerkając na mnie.  Wybacz.
 Spoko.
– Astro, chodź. Idziemy na dwór  zawołał Shawn, klepiąc dłonią udo.
                Wzdrygnąłem się, gdy dla zasady psisko szczeknęło w moją stronę, a potem poszło za swoim opiekunem. Wyszli z pomieszczenia, a ja wziąłem głębszy wdech. Tara dla odmiany uśmiechnęła się pod nosem. Widziałem, że próbuje nie wybuchnąć śmiechem.
 Bez komentarza  powiedziałem, odwracając się.
 Aż pobladłeś.
 To Rottweiler. Widziałaś, jakie ma kurewsko niebezpieczne zębiska? Nie wiedziałem, że dzisiaj akurat postanowił mnie nie lubić  odparłem nadąsanym tonem.  Nie wiem, co mu zrobiłem, ale… Prawie straciłem nogę!
 Spokojnie, królowo dramatu, sytuacja złagodzona.
 Tak, śmiej się dalej. To nie ciebie pogonił pies na sterydach.
               Dziewczyna niewytrzymała i parsknęła śmiechem. Podeszła bliżej. Poklepała mnie po ramieniu. Następnie umyła ręce i pomogła mi przygotować kolejną tackę z jedzeniem. Liczyłem na to, że pupil Shawna mi odpuści i nie będzie żadnej kolejnej akcji. Na dzisiaj starczyło mi przygód.

               Przez pierwszą część spotkania czułem się, jak pod lupą. Byłem pod czujną obserwacją Astro, który nawet na moment nie spuścił ze mnie wzroku, odkąd pojawiłem się przy stole. Dokładnie śledził każdy mój ruch, poruszając pyskiem, gdy robiłem gwałtowniejsze gesty. Miałem nadzieję, że pies będzie trzymał fason i nie rozmyśli się w kwestii nie gryzienia mnie. Nadal mu nie ufałem, nadal się go bałem i on to doskonale wyczuwał. Miał nade mną przewagę.
               Aby jeszcze bardziej wejść w swoją rolę, złapałem za telefon, by nagrać kilka filmików i porobić trochę zdjęć. Jackson był aktywniejszym uczestnikiem mediów społecznościowych, niż ja. Dodałem do tego snapy  dość szybko nauczyłem się obsługi tej nieskomplikowanej aplikacji  wrzucając je na tak zwane My Story.
 Ale tak było  upierał się Shawn, kiedy pogrążyliśmy się w temacie studiów, o których nie miałem zielonego pojęcia.
              Nigdy nie byłem studentem. Nigdy nie siedziałem na żadnym wykładzie. Ba, moja stopa nigdy nie przekroczyła progu jakiegokolwiek uniwersytetu. Próbowałem nie odpaść przy tej konwersacji, choć i tak w większości przysłuchiwałem się ich wymianie zdań.
 Ten koleś to jeden wielki wrzód na dupie. Ty też z nim miałeś, prawda?  zapytał, a ja zamarłem, trzymając butelkę z piwem.
– Ma rację, strasznie się czepia  odpowiedziałem, udając, że wiem o czym mówię.  Do tego kompletny gbur i służbista.
 No, widzisz!
 Ja tam z nim problemów nie miałam  rzuciła dziewczyna, wzruszając ramionami.
 Bo jesteś kujonem  podsumował Shawn ze śmiechem.
 Wal się, Boswell  mruknęła, zabawnie marszcząc nos.
                 Chciałem się zaśmiać, widząc jej minę, ale zamiast tego znów ze stresu spiąłem mięśnie. Astro postanowił zmniejszyć dystans między nami. Pozostali tego nie zauważyli, dalej rozprawiając o jednym z wykładowców. Nieźle obsmarowali mu tyłek, ale po ich słowach wnioskowałem, że mu się należało. Teraz jednak całą uwagę skupiłem na psie, który jeszcze bardziej się przybliżył.
                 Starając się odgadnąć jego zamiary względem mnie, złapałem za niewielki kawałek pieczonej kiełbasy, której nie zdążyłem zjeść. Rzuciłem ją, a pies od razu ją pożarł. To chyba sprawiło, że zapunktowałem w jego ciemnych ślepiach. Zamachał ogonem i podszedł jeszcze bliżej, by w końcowym efekcie położyć mi pysk na kolanach. Niemalże pisnąłem, jak dziewczynka, gdy to zrobił. Tara i Shawn spojrzeli na mnie.
 Co jest?
 Astro chyba znów mnie lubi  powiedziałem, delikatnie głaszcząc go po głowie.  Zdecydowanie znów jesteśmy kumplami.
 Może w końcu mu się poukładało w tym jego małym móżdżku  skwitował Shawn, popijając piwo.
 Mam nadzieję  rzuciłem, drapiąc psiaka za uchem. Podniósł pysk. Skrzywiłem się z niesmakiem, widząc dużą, wilgotną plamę, jaką zostawił na moim kolanie.  Fuj… Obślinił mnie.


Jackson

               Miałem wrażenie, że stoję w miejscu. Naprawdę chciałem przyłożyć się do tajnej misji, którą zacząłem nazywać  Zjednoczone Dupki z 5SOS. Problem polegał na tym, że chłopaki nie ułatwiali mi tego zadania. Skutecznie ignorowali próby mojego kontaktu z nimi, a ja nie wiedziałem, co jeszcze mogę zrobić, by zmusić ich do rozmowy. Doszło nawet do tego, że Clifford wyłączył całkowicie telefon, bym nie mógł napastować go połączeniami. Co takiego odwalił Hemmings, że podchodzili do niego, aż tak negatywnie? Wiedziałem, że chłopak nie powiedział mi wszystkiego, więc bazowałem tylko na skrawkach informacji, jakie miałem. Czyli byłem w czarnej dupie. Ale w końcu jestem Jackson Hemilton. Nie poddaję się do cholery tak łatwo!
               Aby uspokoić zwoje myślowe i odprężyć się od wiecznego gdybania i zastanawiania się nad planem, postanowiłem ruszyć się z mieszkania. Miałem dość przesiadywania w czterech ścianach. Nie wyściubiałem nosa z budynku przez te kilka dni. Teraz nadeszła pora, by zwiedzić Los Angeles. Może to natchnie mnie na dodatkowy pomysł. Może mnie cudownie i magicznie olśni? Na to liczyłem.
                Niczym przyczajony agent, naciągnąłem na nos okulary przeciwsłoneczne. Na głowie umieściłem czarną czapkę z daszkiem. Wciągnąłem na tyłek zwykłe dresy i wygodne buty. Do tego niewyróżniająca się koszulka. Idealne pseudo przebranie dla osoby, która mogła być tu łatwo rozpoznana. Prawda była taka, że wiedziałem, że za przeproszeniem gówno to da, bo z autopsji wiedziałem, że fani są cholernie spostrzegawczy. Parę razy bawiłem się w udawanie Hemmingsa poza Arlen Town i okolicznymi miasteczkami, więc mogłem doświadczyć ich szybkości w wyłapywaniu swoich ulubieńców, gdy pojawiali się na ulicy.
                Budynek, w którym mieszkał Luke mieścił się dość blisko centrum. Dlatego, jak tylko wyszedłem na zewnątrz, dopadł mnie zgiełk miasta i odgłosy silników, które nawet na moment nie cichły. Ludzie przechadzali się to w jedną, to w drugą stronę, pochłonięci własnymi sprawami i problemami. Starałem się nie skupiać na nich, tylko na tym, co mnie otacza. A całe miasto po prostu mocno tętniło życiem. Przy tym otoczeniu Arlen Town wypadało, jak zabita dechami dziura.
                Miałem całkiem niezłą orientację w terenie, więc nie martwiłem się tym, że mogę się zgubić. Nawet jeśli do tego by doszło, miałem kogo zapytać o drogę. Mogłem też wrócić do domu taksówką. Wszystko jedno. To nie było czymś, o czym musiałem długo myśleć.
                Nie wiem, ile dokładnie minęło czasu, ale w końcu zatrzymałem się przed kolorową witryną. Na oknach wystawowych poustawiano kolorowe ciastka i torty. Byłem łakomczuchem, więc szybo poczułem napływ śliny, kiedy spoglądałem na te wszystkie pyszności. Przybliżyłem się jeszcze bardziej, zaglądając przez okno do wnętrza lokalu. Nie było tam zbyt wiele osób. Kilku klientów siedziało przy okrągłych stolikach, jedząc łakocie i zapijając je kawą lub herbatą.
                Wyprostowałem się, gdy usłyszałem obok cichy, podekscytowany głos. Powoli odwróciłem się w stronę trójki młodych dziewczyn. Obstawiałem, że mogły mieć około siedemnastu lat. Przez chwilę nie odrywaliśmy do siebie wzroku. Domyślałem się, że pewnie oceniają to, w jakim humorze teraz znajduje się Hemmings. Nie czekając dłużej obdarzyłem ich szerokim i przyjaznym uśmiechem. Dostrzegłem na ich twarzach ulgę. Rozpromieniły się i odważniej podeszły do mnie.
 To naprawdę ty?  wydusiła jedna z nich.
 Ja  odpowiedziałem, kiwając dodatkowo głową. Co prawda kłamałem, ale przecież nie mogłem się przyznać do tego, że bawię się w naprawianie świata Pana Gwiazdy Hemmingsa.  Cześć.
 Cześć!
 Jak wam mija dzień?  odparłem, odwracając się jeszcze bardziej. Na twarzach fanek pojawiły się rumieńce.
 Bardzo dobrze, a tobie?  odpowiedziała blondynka, powoli wyciągając telefon z kieszeni.
 Nie narzekam.
 Możemy zrobić sobie zdjęcie?  zapytała nieśmiało, dokładnie lustrując moją twarz.  O ile oczywiście ci to nie przeszkadza i nie masz nic przeciwko  dodała jednym tchem. 
                Przez chwilę odniosłem wrażenie, że może obawia się tego, że na nią naskoczę, strzelę focha lub zachowam się w sposób mało kulturalny. Czyli, jak na księżniczkę Hemmingsa przystało.
 Jasne, możemy.
 Na-naprawdę?
 Pewnie.
               Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko po raz kolejny. Ustawiła aparat w telefonie, a potem podała go koleżance. Niepewnie podeszła bliżej. Nie czekałem długo i szybko objąłem ją. Poczułem, jak lekko podskoczyła, przez ten bliższy kontakt, do którego od razu przeszedłem. Uśmiechnąłem się, starając się dobrze odwzorować pozę dawnego Luke'a, który jeszcze nie przejawiał przesadnej alergii na ludzi.
 Mogę cię przytulić?  odezwała się cicho, kiedy jej koleżanka zrobiła zdjęcie.
 Oczywiście  odparłem, rozkładając ramiona.
              Blondynka szybko wpadła w nie, a ja oparłem dłonie na jej plecach. Pachniała czymś owocowym, ale nie mogłem dokładnie zidentyfikować, co to było. Podobało mi się. Zaraz po tym zamieniła się miejscami z jedną koleżanką, a po chwili trzymałem w ramionach trzecią z nich. Zanim wszedłem do cukierni, porozmawialiśmy jeszcze, głównie skupiając się na muzyce, jaką tworzyło 5 Seconds of Summer. To było naprawdę bardzo miłe spotkanie i dziwiłem się, czemu Luke z tego zrezygnował.

               Miałem wrażenie, że zajrzałem do każdej napotkanej lodziarnio-cukierni. Gdy dochodziłem już do bloku, w którym mieściło się moje tymczasowe mieszkanie, miałem już w gardle przysłowiową ślizgawkę od wszystkich lodów, jakie zjadłem po drodze. W ręku nadal ściskałem wafelek po ostatnim z nich. Nie ma co, obiad pierwsza klasa. Nad moją głową nie wisiała teraz Tara, która niczym mamusia pilnowała tego, bym jadł w miarę normalne i regularne posiłki.
                Pchnąłem bramkę, wchodząc na ogrodzony teren. Ugryzłem kawałek zimnego i wilgotnego wafelka, który przesiąkł czekoladowym lodem. Otrzepałem odruchowo koszulkę, by pozbyć się niewielkich okruchów.
                Doszedłem w końcu do drzwi wejściowych. Otworzyłem je, wchodząc na chłodniejszy hol. James właśnie krążył po pomieszczeniu. Wcześniej zastępował go inny mężczyzna, którego imienia jeszcze nie zdążyłem poznać. Siedział wtedy zgarbiony w swojej kanciapie, obrzucając mnie znudzonym wzrokiem. Był dość gburowaty.
                 Uśmiechnąłem się do Jamesa, a on szybko to odwzajemnił. Naprawdę go polubiłem. Wypadał w moich oczach na sympatycznego kolesia. Wyciągnąłem w jego stronę rękę, a on podał mi swoją, ściskając ją lekko.
 Cześć, Luke.
 Cześć, jak ci mija dzień?
 Spokojnie. Nie wiedziałem, że cię nie ma. Masz gościa.
 Gościa?
                  Kiwnął głową, wskazując na windy. Bez słowa ruszyłem w ich kierunku, by dostać się na odpowiednie piętro. Wcisnąłem do ust ostatni kawałek wafelka. Nacisnąłem odpowiedni guzik, a drzwi od razu zamknęły się.
                 Zacząłem się zastanawiać, kto przyszedł do mnie z wizytą. Z tego, co się orientowałem rodzina Hemmingsa nadal była w Australii, więc szybko uznałem, że to nie oni. A może to, któryś z chłopaków? To by była idealna okazja do odbycia rozmowy i wcielenia planu, jaki miałem. Może w końcu, któryś się złamał i postanowił mnie wysłuchać?
                 Jak tylko drzwi od windy się otworzyły, spojrzałem w głąb korytarza. Jęknąłem z niezadowoleniem. Poczułem się cholernie rozczarowany. Zamiast pozostałych członków zespołu, zobaczyłem stojącą kawałek dalej blondynkę. Czy ona się nigdy ode mnie nie odczepi? Byłem pewny, że po ostatnim naszym spotkaniu Lorraine się na mnie obrazi i nie będzie wpychać się ze swoimi buciorami w moje życie. Nic z tego.
                 Dziewczyna spojrzała na mnie, gdy niechętnie ruszyłem w jej stronę. Nie powiem, ale przez chwilę przez myśl przebiegł mi pomysł, by uciec z korytarza, jak najszybciej. Ostatecznie jednak zrezygnowałem. Na jej twarzy malowała się wściekłość, połączona z kpiną. Jeśli ona tak zawsze patrzyła na Hemmingsa, to szczerze mu współczułem braku jaj i tego, że nie potrafił ustawić jej do pionu. Odnosiłem wrażenie, że dawał sobą pomiatać, nie mając nic do gadania w tym pseudo toksycznym związku.
 Jesteś totalnym chujem! – powiedziała, jak tylko znalazłem się przy drzwiach od mieszkania.  Wiesz, ile razy dzwoniłam i…
 Wiem. Przeczytałem też wszystkie sms-y, w których to wyzwałaś mnie od sukinsynów, męskich dziwek i debili. Przyjąłem do wiadomości.
 Dlaczego do cholery nie odebrałeś?!
 Możesz przestać się wydzierać na środku pieprzonego korytarza. Będę wdzięczny  odparłem spokojnie, co chyba jeszcze bardziej ją zirytowało.
                Wygrzebałem z kieszeni klucze. Przekręciłem dwa zamki. Drzwi otworzyły się. Weszliśmy do środka. Dobra… Przyznam się, że miałem ochotę zamknąć drzwi tuż przed jej zrobionym nosem. Byłem jednak dżentelmenem i powstrzymałem się od tego.
 Miałeś się, kurwa, pojawić na wczorajszym pokazie!
 Mówiłem przecież, że nie mam ochoty tam iść. Nie wiem, czemu jesteś wielce zdziwiona, że nie przyszedłem.
 Musiałeś tam być!
 Czy ty nie rozumiesz słowa nie? Przestań się na mnie drzeć. Nie jestem twoją maskotką czy jakimś zwierzakiem, nad którym masz całkowitą kontrolę. Kup sobie psa i naucz go sztuczek, wtedy będzie robił to, co chcesz.
 Odkąd wróciłeś z trasy jesteś, jakiś dziwny  rzuciła, wchodząc w głąb salonu.
                Usiadła na kanapie, odrzucając na bok torebkę pokrytą cekinami. Skrzywiłem się. Liczyłem na to, że zaraz sobie pójdzie. Nic z tego. Chyba szykowała się dłuższa rozmowa z Panną Nadętą. Ciemno brązowe oczy znów skupiły się na mnie. Długie, sztuczne paznokcie przejechały po skórze sofy.
 Wiele rzeczy zrozumiałem  pociągnąłem, krzyżując dłonie na klatce piersiowej.
 Myślałeś o solowej karierze? Powiedz, że tak. Kopnij w dupę tych nieudaczników i sam zajmij się muzyką.
 Nie wpieprzaj się w zespół, do którego nie należysz  warknąłem, siląc się na spokój.
 Powinieneś wyluzować. Jesteś nabuzowany, a nie wiem dlaczego. Może rzucę hasło moim znajomym i wybierzemy się razem na imprezę? Dam znać paparazzi, gdzie będziemy.
 Nie mam ochoty na żadne wyjścia. Tym bardziej z całą tą medialną otoczką.
 Co się ostatnio z tobą dzieje?
 Zmądrzałem  odparłem, wzruszając ramionami.
 Jasne… Daj spokój, Luke. Pójdziemy na imprezę, napijemy się. Mam dobry towar. Wypalisz sobie skręta, wciągniesz co nie co i od razu poczujesz się lepiej. Kokaina zdziała cuda, a ty przestaniesz się zachowywać, jak idiota.
                 Zamrugałem, kiedy to powiedziała. Spojrzałem na nią, jakbym zobaczył ją po raz pierwszy. Pieprzony Hemmings kłamał. Domyślałem się tego, że wspomaga się od czasu do czasu czymś mocniejszym, choć on temu zaprzeczył. Był naprawdę kretynem. Ciekawe, ile razy był na haju w czasie trasy czy przy spotkaniach z fanami. Byłem zdania, że narkotyki to najgorsze używki, po jakie można sięgnąć. Nic dziwnego, że blondynowi zlasował się mózg.
 Co się tak gapisz?  mruknęła, kiedy nie odrywałem od niej zaskoczonego wzroku.  Nagle zaczynasz udawać świętego? Nie zaprzeczysz temu, że to lubisz.
 Skończyłem z tym.
 Jasne… Oczywiście.
 Możesz już sobie iść?  wypaliłem, bo jej towarzystwo zaczęło mnie irytować.  Jestem zajęty.
– Niby czym?
 Nie twój interes. Mam coś do zrobienia.
 Wiesz co, Luke? Jesteś dziwny. Jak ci się odmieni i znów będziesz dawnym sobą, daj mi znać. Ja się poddaje. Jesteś jeszcze bardziej wkurwiający, niż wcześniej.
 To po cholerę ze mną jesteś?!
 Bo mam z tego pieprzone korzyści, dupku  powiedziała, przybliżając się do mnie.  Dostanę buziaka na odchodnym?
 Nie ma mowy.
               Ułożyła napompowane usta w dzióbek, a mnie, aż zemdliło. Jeśli myślała, że tym zachęci mnie do tego, bym zmniejszył między nami dystans, to się pomyliła. Odruchowo odsunąłem się jeszcze bardziej. Kiedy doszły do niej moje słowa, warknęła wkurzona pod nosem. Szybko złapała za torebkę, a potem wyleciała z mieszkania, trzaskając drzwiami. Mogłem się założyć, że niedługo znów pojawią się, jakieś wpisy na jej Twitterze, które odnosić się będą do mojej osoby. Zajebiście.


Luke

              Spojrzałem na Tarę. Leżała wyciągnięta na kanapie, trzymając książkę w ręku. Miała przerzucone nogi przez moje uda. Nie odrywała wzroku od tekstu, będąc całkowicie pochłonięta opisaną historią. Na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech, gdy w końcu odwróciłem głowę, by ponownie skupić się na ekranie telewizora. Poprawiłem pada w dłoniach, które opierałem o jej nogi. Mieliśmy naprawdę leniwy wieczór. Podobała mi się taka forma spędzania czasu. Można było w końcu odpocząć.
               Już chciałem rozegrać kolejny mecz, gdy w pokoju rozbrzmiał krótki dźwięk dzwonka. Zerknąłem na stół. Ekran leżącej tam komórki zaświecił się. Tara odruchowo zrzuciła ze mnie nogi, gdy wychyliłem się w stronę urządzenia. Złapałem za telefon i szybko odblokowałem go. Uniosłem brwi, widząc nadawcę.

Od Jackson:
Czekam w necie, księżniczko.

               Przekręciłem oczami, a następnie niechętnie podniosłem się z miejsca. Tara nadal była pogrążona w lekturze. Nie wiedziałem, ile zajmie mi rozmowa z Jacksonem, więc wyłączyłem grę i konsolę. Złapałem za kubek z wypitą do połowy herbatą. Dopiero wtedy rudowłosa spojrzała na mnie.
 Będę u siebie.
 Jasne.
 Pożyczysz później, jak skończysz czytać?  pociągnąłem, wskazując na powieść Kinga, którą tak zawzięcie pochłaniała.
 Pewnie.
 Dzięki – odparłem, a następnie odwróciłem się i ruszyłem w stronę schodów.
              Kiedy znalazłem się w pokoju, zamknąłem za sobą drzwi. Usiadłem przy biurku, odpalając laptopa. Wziąłem łyk ciepłej herbaty. Odczekałem chwilę, aż urządzenie będzie gotowe do pracy. Potem szybko zalogowałem się na komunikator. Jak tylko zmieniłem swój status na online, w rogu pojawił się charakterystyczny dymek, który informował o tym, że ktoś chce zacząć rozmowę. Kliknąłem w niego.
              Spojrzałem na swojego sobowtóra, który znajdował się w moim mieszkaniu. Po tym, co miał za plecami byłem pewny, że siedzi w sypialni na łóżku. Jackson zerknął na mnie, dokładnie lustrując moją twarz. Nie odezwał się przez dłuższą chwilę. Zmarszczyłem lekko czoło, nie wiedząc, o co mu chodzi.
 Co jest?
 Jesteś idiotą  podsumował, a ja wytrzeszczyłem oczy.
 Wow, ty zawsze masz dla mnie, jakieś dobre, motywacyjne słowa.
 Jestem, niczym twoje pieprzone sumienie, Hemmings.
                Prawda była taka, że dopiero po spotkaniu z nim, zobaczyłem swoje życie w zupełnie nowym świetle. To on sprawił, że zaczynałem dostrzegać wszystkie błędy i potknięcia, jakie mi się przydarzały. Choć byłem świadom tego, że nie zachowuję się w porządku  nie tylko wobec kumpli z zespołu, ale także w stosunku do fanów  to Jackson właśnie dobitnie mną potrząsnął. Nigdy nie owijał w bawełnę, mówił mi wszystko prosto w twarz. Pod tym względem nie był jedyną osobą, bo chłopaki też wielokrotnie wyrzucali mi wszystko. Jednak usłyszenie tego od kogoś obcego, było w moim przypadku mocniejszym wstrząsem i zapalnikiem do zmiany.
 Co u Tary?  zapytał, szybko zmieniając temat.
 W porządku. Jest w salonie, czyta książkę.
 To dobrze, jednak ja nie o tym. Okłamałeś mnie, Hemmings. I nie rób tej swojej skruszonej miny, bo na mnie to, kurwa, nie działa.
 Z czym dokładnie skłamałem?
 Dzisiaj znowu nawiedziła mnie ta twoja panna.  Przekręciłem oczami, a potem skrzywiłem się.  Jednak lubisz zabawić się z używkami, co? A chłapałeś dziobem, że nic nie bierzesz. Masz pozdrowienia od swojej wiernej towarzyszki kokainy.
 Wcale nie brałem tego gówna regularnie  warknąłem cicho. Skrzyżowałem dłonie na klatce piersiowej.
 Ale brałeś.
 W Los Angeles wszyscy biorą.
 Calum też? Ashton też? Michael też?
 Nie, oni nie.
 Przynajmniej mają trochę oleju w głowie. A ty nie musisz być wszystkimi. To, że inni chcą bawić się z tym szajsem nie znaczy, że ty też musisz. Rusz mózgiem, o ile jeszcze go masz. Nie bądź idiotą i skończ z tym. Szkoda na to zdrowia. To, że będziesz na haju nie sprawi, że zaraz będziesz wydawał się fajniejszy.
 Nie chciałem uchodzić za fajniejszego  odparłem z niezadowoleniem.
 Oczywiście.
 Chciałem… Chciałem się odstresować i…
 To trzeba było wykupić sobie pakiet w Spa.  Zamrugałem, a chłopak machnął ręką. – Jestem zawiedziony.
                 Mimo tego, że Jackson nie był moim bliskim przyjacielem i znaliśmy się krótko, a nasza relacja była dość specyficzna, to jednak zabolały mnie jego słowa. Zdecydowanie wolałem, jakby na mnie krzyczał czy wyzwał od najgorszych. Słowa zawiedziony i rozczarowany, były dla mnie najgorsze. Tym bardziej, gdy padały z ust tych, których osobiście znałem. Wolałem nie wiedzieć, ile razy chłopaki z zespołu czy rodzina używała tych określeń w stosunku do mnie. Zagryzłem wargę, skupiając wzrok na swoich dłoniach.
 Dobra, głowa do góry, chłopie  pociągnął, a ja znów skupiłem błękitne oczy na nim. Uśmiechnął się lekko.  Lepiej mi powiedz, jak mogę się na dłuższą metę pozbyć Lorraine. Naprawdę jej nie znoszę.
– Mówiłem wcześniej, że mam ją gdzieś. Ona mnie nie obchodzi. Możesz nawet z nią zerwać.
 Zerwać?  odparł Jackson i tym razem to on wytrzeszczył oczy.
 Rób, co chcesz.
 Nie dość, że mam załatwić twoje sprawy z chłopakami, to jeszcze mam w twoim imieniu zerwać z twoją panną. Nieźle się ustawiłeś, Hemmings. Odwalam za ciebie brudną robotę.
 Przepraszam i…
 Ej, wyluzuj  zaśmiał się, opierając łokcie o uda. Ułożył na rękach brodę. Zamrugał.  Lubię wyzwania, a to jest naprawdę duża akcja. Wiem, że nie muszę tego robić, ale nie chcę siedzieć w Los Angeles bezczynnie. Spróbuję się dogadać z chłopakami, ale ty później musisz się postarać, by znów tego nie spieprzyć.
 Uwierz mi, nigdy więcej tego nie schrzanię.
 Trzymam za słowo. Na razie co prawda idzie mi kojowo, ale… Nie poddaję się. Nie jestem w końcu tobą  rzucił, a ja zrobiłem niezadowoloną minę.
 Dziękuję.
 Przynajmniej mam wypasione wakacje na twój koszt.
 Potrzebujesz więcej pieniędzy?
– Ty żartujesz? Przelałeś mi ich za dużo.
 Idź, na jakieś zakupy czy…
 Może skorzystam? Teraz jednak skupiam się na swoim planie. Nie wiem, czy widziałeś, ale założyłem ci Snapchata. Zacząłem też częściej pojawiać się w necie.
 Snapchata?
 Nie narzekaj, staram się poprawić twój skopany wizerunek. Ty w ogóle zaglądasz do sieci?
 Dawno tego nie robiłem i…
 Nadrób. Może to jeszcze bardziej otworzy ci oczy.
 Niby na co?
 Na to, jak widzą cię inni. A wierz mi, nie wszystko jest tak kolorowe, jak ci się wydaje. Poświęć na to, chociaż chwilę. Wtedy może się obudzisz i zrozumiesz, dlaczego fani zaczęli się od ciebie odsuwać.
 Chyba powinienem to zrobić już dawno.
 Ta… Może wtedy szybciej, by ci się rozjaśniło pod kopułą. Chociaż mam wrażenie, że wcześniej miałbyś to gdzieś. Jak wszystkich i wszystko, co miałeś dookoła siebie. Do usłyszenia, miłego wieczoru i bez odbioru  rzucił, a potem rozłączył się.
                Ekran zmienił się w czarny, a ja jeszcze przez chwilę spoglądałem na niego będąc lekko zaskoczonym. Czasami nie potrafiłem za nim nadążyć. Jackson był nieraz, niczym huragan. Ale w wielu kwestiach miał rację.
                Oparłem się o oparcie krzesła. W dalszym ciągu nie odrywałem wzroku od komputera. Siedziałem tak z dobre kilka długich minut, zastanawiając się, co zrobić dalej. W końcu jednak przysunąłem się bliżej biurka. Wyszedłem z komunikatora. Odpaliłem wyszukiwarkę. Postanowiłem sprawdzić, co takiego o mnie piszą w internecie. Miałem nadzieję, że Jackson z tą niepochlebną opinią przesadzał.
                 Szybko jednak przekonałem się, że znów miał rację. Pierwsze, co znalazłem to ten nieszczęsny filmik, na którym uwiecznione zostało spotkanie z fanką, którą Lorraine doprowadziła do płaczu. Faktycznie, dziewczyna nie przebierała w słowach, zupełnie bezpodstawnie przyczepiając się do niej. A ona nie zrobiła, przecież nic złego. 
                Następnie natrafiłem na kolejny film, w którym to demonstracyjnie ominąłem i zignorowałem fanów, którzy czekali na nas na lotnisku. Chłopaki przystanęli, by poświęcić im, choć odrobinę czasu. Ja odwróciłem się na pięcie i pomaszerowałem do podstawionego samochodu ani razu nie oglądając się za siebie. Widać było, jak na dłoni, że mam ich gdzieś. 
               Zaraz pod nim znalazł się kolejny materiał, tym razem uchwycony został moment, w którym jedna z fanek chciała wręczyć mi maskotkę. Nie wziąłem jej. Nawet na nią nie spojrzałem. Znów odszedłem bez słowa. Nie chciałem siebie dłużej oglądać w takich sytuacjach, więc skupiłem się na opiniach. A tam wcale nie było lepiej.

Zmienił się i to na gorsze. Był osobą, którą uwielbiałam. Teraz czuję do niego tylko niechęć.

Niech dawny, kochany Luke wróci!

Stał się wielką gwiazdą, mając w dupie wszystkich fanów.

Mam wrażenie, że nic już się dla niego nie liczy. Nawet muzyka. Obchodzi go, tylko on sam i czubek jego nosa.

Smutno mi, gdy patrzę na to, co się z nim stało. Nie ma w sobie radości ani tej pasji, która kiedyś była widoczna. Zachowuje się tak, jakby zmuszał się do koncertów i wywiadów. Nie wspomnę już o tym, z jaką niechęcią podchodzi do fanów.

On i ta cała Lorraine są siebie warci. On jest taki sam, jak ona. Jak mogłam w ogóle wcześniej go bronić! Spieprzaj, Hemmings!

Pamiętam, jak spotkałam go, gdy wracał do hotelu. Był z Lorraine. Widziałam, że nie miał ochoty w ogóle ze mną rozmawiać. Było mi z tego powodu przykro, ale próbowałam sobie wmówić to, że w końcu to jest jego czas wolny i ma do tego prawo. Ona była jeszcze gorsza. Zachowywała się tak, jakbym popełniła, jakąś zbrodnię odzywając się do nich. Przekazałam mu list, który napisałam. Chciałam podziękować całemu zespołowi  za pracę i muzykę, jaką nam dają. Chłopaki zawsze mówili, że uwielbiają listy od fanów. Niestety, mój nigdy nie dotarł do żadnego z nich. Kiedy odeszli kawałek dalej, Lorraine wyrwała list z ręki Luke'a i wyrzuciła go do pobliskiego kosza. A on… On w ogóle nie zareagował, tylko poszedł dalej. Poczułam się, jak ostatni śmieć.

                Zacisnąłem mocniej usta. Pod spodem znajdowały się komentarze do opisanej sytuacji. Dużo osób nie szczędziło mi gorzkich słów. Znalazło się też kilka wpisów, które zarzucały dziewczynie to, że kłamała i chce po prostu, by wszyscy się odwrócili ode mnie i Lorraine, która nie jest taka zła. Niestety, wpis fanki był prawdziwy. Nie musiałem długo szukać, bo ta sytuacja szybko mi się przypomniała. Znów zachowałem się, jak skończony cham i dupek.
                Z każdym kolejnym wpisem, komentarzem i opinią, czułem się coraz gorzej. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak źle wygląda to wszystko po tej drugiej stronie. Ludzie widzieli mój upadek. Mimo tego, że próbowałem przed kamerami czy na koncertach grać, to i tak wczuwali to, że nie jest dobrze. Pogrążałem się bardziej, nie przykładając do tego uwagi. To sprawiło, że naprawdę fani zaczęli się ode mnie odsuwać. Żal mogłem mieć, tylko do siebie. Widzieli to, czego nie dostrzegałem sam. 
                Moje oczy zaszkliły się, gdy odtwarzałem w myślach ostatnie spotkania z fanami. To dzięki nim spełniałem marzenia. Chłopaki potrafili docenić ich wsparcie. Ja… Jakbym o tym zapomniał. Przestało to mieć dla mnie znaczenie. Byłem z boku. Dalej od nich. Za każdym razem uciekałem, stroniąc od jakiekolwiek kontaktu. Było to dla mnie męczące i frustrujące. Dopiero teraz zrozumiałem, jak zadufany w sobie byłem. Moje postępowanie było cholernie nie na miejscu. Fani podchodzili do mnie z przeogromną sympatią, a ja swoim zachowaniem wystawiałem im środkowy palec prosto w twarz. To była moja wina. Byłem po prostu głupi.
                Wyłączyłem przeglądarkę, nie mogąc dłużej tego czytać. Wytarłem szybko policzki dłońmi, a następnie wstałem z krzesła. Od tego wszystkiego zrobiło mi się po prostu niedobrze. Rozczarowanie, żal i smutek na samego siebie dawało nieprzyjemny smak porażki.
               Wyszedłem szybko na korytarz. Niemalże wpadłem na Tarę, która szła do swojego pokoju. Zrobiła zaskoczoną minę, ale ja odwróciłem się, by nie widziała mnie w takim stanie. Wpadłem do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Oparłem się dłońmi o umywalkę, biorąc powolne i głębokie wdechy. Od negatywnych emocji trząsłem się już cały. Byłem pewny, że zaraz najnormalniej w świecie zwymiotuję.
 Jackson?!
 Nic mi nie jest!  odparłem wilgotnym głosem. Żołądek zacisnął mi się w supeł.
 Powiedz mi, co się dzieje?
 Nic… Wszystko jest w porządku!
– Jackson!
               Nie odpowiedziałem. Pochyliłem się bardziej, jeszcze mocniej zaciskając wargi. Po moich policzkach ponownie spłynęły słone łzy. Dlaczego musiałem być takim skurwielem? Dlaczego nie potrafiłem zobaczyć tego wcześniej? Jak ci ludzie w ogóle mogli mnie popierać czy nadal, w jakiś sposób mnie lubić, kiedy ja odwalałem takie rzeczy. Nie zasługiwałem na żadne dobre słowo, które padało. Nie zasługiwałem na to wszystko, co dostawałem. Byłem przegranym i sam do tego doprowadziłem.
               W końcu udało mi się uspokoić. Przemyłem twarz, choć nadal byłem blady. Miałem też zaczerwienione oczy. Prezentowałem się, jak jeden wielki bałagan, którym w sumie byłem. Chciałem w końcu zapanować nad swoim życiem. Liczyłem na to, że jakoś mi się to uda.
                Wyszedłem z łazienki. Zrobiłem kilka kroków w stronę pokoju, gdy z pomieszczenia obok wynurzyła się Tara. Odruchowo odwróciłem się, idąc do siebie. Miałem nadzieję że mi odpuści, ale rudowłosa poszła za mną. Padłem na łóżko, starając się uniknąć jej wzroku. Nie chciałem, by się litowała. Choć nie miała o niczym pojęcia. Nie zasługiwałem na żadną troskę ani współczucie. Byłem dupkiem. Wcisnąłem twarz bardziej w poduszkę, którą objąłem rękami.
 Jackson, powiedz mi, co się dzieje  powiedziała cicho, zajmując miejsce za moimi plecami. Poczułem jej ciepły oddech na karku. Po kręgosłupie przebiegł mi szybki dreszcz.  Widzę, że coś jest na rzeczy.
 Nic mi nie jest  powtórzyłem, a ona westchnęła ciężko.
– Daj spokój, kogo chcesz oszukać? Martwię się, okej…
 Nie potrzebnie.
 Zawsze mówiłeś mi wszystko  pociągnęła, kładąc się obok. Gdy tylko objęła mnie ramieniem, znów poczułem pieczenie w oczach. Nie chciałem się przy niej rozkleić.  Chcę ci pomóc.
 Tym razem mi nie pomożesz.
 Jackson, proszę...
 Możemy o tym nie rozmawiać? Naprawdę nie chcę o tym mówić.
 W porządku  powiedziała cicho, a jej palce mocniej zacisnęły się na mojej koszulce.  Zostać z tobą?  Wzruszyłem ramionami.  To zostanę  pociągnęła, a potem bardziej wtuliła się w moje plecy.
                W tym momencie ten gest odrobinę mnie wyciszył. Opanowałem emocje, czując przyjemne ciepło, jakie biło od jej ciała. Po chwili jednak zrozumiałem, że nie jestem w porządku nawet wobec niej. Moja zamiana z Jacksonem sprawiała, że krzywdziłem ją, kłamiąc. Robiłem to ja i robił to on. Tara była dla mnie miła, opiekuńcza i troskliwa, a ja choć z tego chciwie korzystałem, nie mogłem wyjawić jej prawdy. Niewinna umowa zaczęła mnie znów wypchać w poczucie winy. Wolałem nie myśleć o konsekwencjach, jakie mogą się przez to pojawić.


***
Luke kontra Astro i Jackson kontra Lorraine part 2 XD 
Z takim podejściem Jacksona, to dziewczyna nie prędko doczeka się tego, że do niej zadzwoni XD
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Pozdrawiam i do następnego!

#SobowtorFF



1 komentarz:

  1. Reakcja Luke'a na psa Shawn'a ciekawa. Jackson jak zawsze świetnie. Trzymam za nich kciuki. Aby wszystko było tak jak powinno

    OdpowiedzUsuń