piątek, 17 marca 2017

#03 Przyszła pora na zmiany

Jackson

              Odwróciłem głowę, skupiając wzrok na budynkach, które mijałem. Jedne były większe, inne mniejsze. Na chodnikach kłębiły się tłumy przechodniów. Kolorowe samochody, różnych marek, krążyły po szerokich ulicach. Z każdej strony pojawiały się rzucające w oczy szyldy i olbrzymie plakaty, które reklamowały produkty, usługi, bądź zapowiadały najnowszy film, który miał trafić do kin. Panował tu zgiełk i hałas. Los Angeles tętniło życiem. Było tak inne od spokojnego Arlen Town.
              Nie wiedziałem dokładnie, ile trwała droga z parkingu do wysokiego budynku mieszkalnego, który teraz musiałem określać swoim domem. Zupełnie straciłem poczucie czasu, rozpamiętując to, co działo się w tour busie. Chłopaki nadal trzymali się z daleka ode mnie. Podczas całej podróży nie zmieniłem z nimi praktycznie ani jednego słowa. Na razie pozwoliłem by było tak, jak wcześniej. Postawiłem na obserwację. Ich niechęć jeszcze bardziej pobudziła mnie do działania. Chciałem zmienić ich relację na lepszą. Odbudować to, co stracili. Może i ten plan w ogóle nie wypali, ale nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował. Przykro było patrzeć na to, co stało się z zespołem, który miał tak silne przyjacielskie więzy. Gdzie zniknął ten stary kontakt, wspólne marzenia i cele?
               Wychyliłem się, kiedy samochód zwolnił. Podjechaliśmy pod bramę. Kierowca zerknął na mnie oczekująco. Wygrzebałem z kieszeni klucze, a następnie wcisnąłem pierwszy lepszy guzik na niewielkim pilocie, który był do nich doczepiony. Z początku nic się nie stało. Pokręciłem nosem, wybierając kolejny przycisk. Dopiero wtedy brama zaczęła się rozsuwać, otwierając nam wjazd na ogrodzony teren.
               Zatrzymaliśmy się przy jedynych, oszklonych, szerokich drzwiach, które prowadziły do wnętrza wysokiego budynku. Wysiadłem z auta, rozglądając się po nowym otoczeniu. Nie zabrakło tu odrobiny zieleni. Było kilka niewielkich drzewek, a także równo przycięte krzewy i kwiaty, które miały dodać całości uroku.
               Razem z kierowcą wyciągnąłem z bagażnika torby. Podziękowałem z uśmiechem za pomoc, co go ewidentnie zaskoczyło. Samochód był wynajęty przez menadżera zespołu, więc wnioskowałem, że ten mężczyzna trafił na Hemmingsa nie pierwszy raz. I najwidoczniej Luke nie był w stosunku do niego nazbyt grzeczny i miły. Zaproponował mi pomoc we wniesieniu walizek, ale szybko odmówiłem, raz jeszcze dziękując. Uśmiechnął się niepewnie, a potem wsiadł z powrotem do samochodu. Przez chwilę obserwowałem to, jak kieruje się w stronę wyjazdu. Brama automatycznie otworzyła się, a on włączył się do ruchu. Wtedy też zacząłem się zastanawiać, ilu osobom podpadł Hemmings. A może nazbyt wyolbrzymiałem całą sprawę?
                Spojrzałem na bagaże, a potem na drzwi. Wiedziałem, że bez pomocy nie dam rady zataszczyć tego wszystkiego na górę. Na szczęście ten wielgachny budynek posiadał windę. Inaczej nie uśmiechałby mi się samemu wciągać walizki na siódme piętro, gdzie mieścił się apartament blondyna. Zanim jednak zdążyłem zrobić, jakikolwiek krok w stronę wejścia, usłyszałem męski głos za plecami.
 Luke, tak myślałem, że to ty. Poczekaj. 
                Odwróciłem się, ale nikogo nie zobaczyłem. Uniosłem brwi, zastanawiając się, kto to powiedział i gdzie zniknął. Po chwili jednak drzwi od budynku otworzyły się. Wyłonił się z nich wysoki, czarnoskóry mężczyzna, pchający przed sobą wózek, podobny do tych, które używa się na lotniskach. Miał na sobie czarny garnitur i białą koszulę, zapiętą na ostatni guzik pod samą szyją.
 Dzień dobry – wydusiłem, nie wiedząc dokładnie, z kim mam do czynienia.
                Zatrzymał się obok, a następnie pomógł mi załadować bagaże na wózek. Kiedy wszystko było gotowe, złapałem za niego, pchając go w kierunku wejścia. Mężczyzna przetrzymał mi drzwi, abym mógł bez przeszkód wjechać do środka.
               Próbowałem nie wyglądać na zaskoczonego. Próbowałem też nie wyglądać na osobę, która jest w tym miejscu po raz pierwszy. Ukradkiem zerkałem tylko na wnętrze, nie chcąc wzbudzić podejrzeń. Całość utrzymana była w jasnym brązie i beżu. Główny hol był przestronny i szeroki. Za oszkloną szybą znajdowało się kolejne pomieszczenie, a ja dostrzegłem biurko i monitory, jakby cały teren był pod ciągłą obserwacją. Może ten nieznajomy mężczyzna pracował, jako ochroniarz? Minęliśmy rzędy wiszących skrzynek na listy, podchodząc do trzech wind.
 Jak podróż?  zapytał, a ja powoli odwróciłem się. Wcisnął guzik, a jego kontury zaświeciły się na czerwono.
 W porządku, dziękuję.
– Jeszcze raz dziękuję za bilety dla córek.
 Och… Nie ma sprawy, to nic takiego  pociągnąłem z uśmiechem. Nie wiedziałem tylko, o jakie bilety chodzi. Jego pociechy poszły na koncert 5 Seconds of Summer czy może Hemmings pomógł mu dostać się na show kogoś innego?  Podobało się?
– Były zachwycone. Żałowały tylko, że nie mogły poznać ciebie. Ale i tak były wniebowzięte, gdy pozostali do nich wyszli. Zawsze chciały spotkać, chociaż jednego z was, a tak mogły przez chwilę porozmawiać z Calumem, Michaelem i Ashtonem. Mają też zdjęcia. Obawiam się, że zechcą wytapetować nimi swoje pokoje   powiedział ze śmiechem.
– Cieszę się  odparłem pierwsze, co przyszło mi do głowy. 
              Nałożyłem na twarz uśmiech. Tak naprawdę zastanawiałem się, czemu przy spotkaniu z jego córkami zabrakło blondyna? Czym się wykręcił? Skoro pozostali znaleźli chwilę czasu, dlaczego jego nie było razem z nimi?
              Drgnąłem, słysząc cichy dźwięk, oznajmujący przyjazd windy. Drzwi automatycznie rozsunęły się. Wszedłem do środka, jako pierwszy, wciągając ze sobą wózek. On ruszył za mną, zajmując miejsce przy tablicy z guzikami. Nacisnął na siódemkę. Drzwi zamknęły się. Winda zaczęła jechać do góry.  
              Między nami zapanowała cisza. Wolałem się na razie nie odzywać. Nie wiedziałem dokładnie, jaki stosunek do niego ma Luke i jak się przy nim zawsze zachowuje, więc milczenie było w tym wypadku najlepszą opcją. Zawsze mogłem zwalić to na zmęczenie po podróży. 
              W końcu dojechaliśmy na odpowiednie piętro. Zacisnąłem lekko usta, widząc, że mam przed sobą długi korytarz. Przynajmniej się nie zgubię. Hemmings mieszał pod numerem czterdzieści jeden, więc nie będzie to trudne, by odnaleźć odpowiednie drzwi. Ruszyłem przed siebie. Obok mnie szedł nieznajomy. Zatrzymałem się niemalże na samym końcu holu. Spojrzałem na tabliczkę z dużym, mosiężnym numerem przytwierdzonym do metalowej płytki. Włożyłem klucz do pierwszego zamka, a potem do następnego. Wtedy drzwi stanęły przede mną otworem.
              Cieszyłem się, że wszedłem do apartamentu pierwszy. Inaczej ochroniarz od razu zauważyłby szok, jaki wymalował się na mojej twarzy, kiedy tylko minąłem próg. Znalazłem się w przestronnym i jasnym salonie. Biła z niego nowoczesność. Wszystko utrzymane tu było w kolorze szarości i czerni z domieszką niebieskiego. Wydawał się być ogromny. Dostrzegłem skórzaną kanapę, szeroki, płaski telewizor, konsolę i stojące w rogu biurko z laptopem. Tak jak wcześniej, próbowałem się nie rozglądać. Przecież niby byłem u siebie. Odwróciłem się z uśmiechem.
 Dziękuję za wózek.
 Nie ma sprawy  odpowiedział, pomagając mi ściągnąć i wnieść bagaże. Kiedy skończyliśmy, znów na mnie spojrzał.  Miłego odpoczywania.
 Dzięki. Miłej zmiany.
 Dziękuję  rzucił z uśmiechem, a potem ruszył razem z wózkiem w kierunku wind.
               Zamknąłem za nim drzwi, przekręcając zamek. Wszedłem w głąb pomieszczenia. Teraz mogłem bez przeszkód zobaczyć swoje nowe miejsce. Moje oczy przesuwały się po meblach i sprzętach. Miałem nadzieję, że niczego nie zepsuję, nie zbiję i nie rozwalę. Na dłużej skupiłem się na oszklonych drzwiach prowadzących na balkon. Do tego dochodziły olbrzymie okna. Przeszedłem w bok, docierając do biało-szarej kuchni. Na środku stał niewielki stół z krzesłami. Wszystko tu było utrzymane w nieskazitelnym porządku, jakby Hemmings miał zatrudnioną pomoc przy sprzątaniu. Dopiero gdy podszedłem bliżej, zauważyłem odrobinę kurzu na blacie. To uświadomiło mi, że jednak sam dba o czystość w swoim gniazdku. Teraz ja musiałem się zmienić w przykładnego pana domu. W mieszkaniu nie było nikogo od tygodni, więc wiedziałem, że pierwszą rzeczą, jaką będę musiał zrobić, to zaopatrzyć się w zakupy i wziąć się za sprzątanie. To drugie było gorszą opcją. Nie cierpiałem sprzątać. Zanim jednak zabrałem się za jakiekolwiek działanie, uznałem, że trzeba zobaczyć pozostałe pomieszczenia, w którym teraz przyjdzie mi żyć. A oprócz salonu i kuchni, była tu także duża łazienka i trzy pokoje. Wszystko urządzone ze smakiem, bez przepychu i zbędnych bibelotów.

                Wyszedłem z łazienki, czując się, jak nowo narodzony. Pod długiej podróży kąpiel była zbawienna. Przebrany w zwykłą, białą koszulkę i szare dresy, przeszedłem do kuchni. Zanim zaszyłem się w łazience, zadzwoniłem do Hemmingsa w celach czysto kontrolnych. Chciałem wiedzieć, że u niego wszystko w porządku. Zresztą, tak samo on. Dowiedziałem się też, że zakupy zawsze zamawia do domu  podał mi nawet stronę sklepu, z którego korzysta  a wszystkie rachunki dostaje na maila, więc tego typu rzeczami mam się w ogóle nie przejmować. Kiedy wszedłem na swoje konto bankowe i widząc od niego przelew, prawie dostałem zawału. Nie sądziłem, że będzie to, aż tak wielka suma. Nadal miałem go na linii, więc od razu oznajmiłem, że z tą kwotą zdecydowanie przesadził. Luke stwierdził, że chociaż tak może wynagrodzić mi swój poroniony pomysł, w który dałem się wciągnąć. Mam też korzystać z tych nagłych i nieoczekiwanych wakacji, a do tego przydadzą mi się pieniądze. Oczywiście, mam się od razu odezwać, gdyby mi ich  jakimś cudem  zabrakło.
               Zaraz po rozmowie, wszedłem na podaną przez niego stronę internetową, robiąc duże zakupy. Mieszkanie stało puste od długiego czasu, więc musiałem zaopatrzyć się w sporo rzeczy  głównie w jedzenie i picie. Zaraz po tym, by nie tracić czasu, zabrałem się za szybkie ogarnianie nowego miejsca. Poszło całkiem sprawie. Postawiono w tym mieszkaniu na minimalizm w kwestii mebli i półek, więc powierzchni do ścierania nie było zbyt dużo. Kiedy skończyłem, przyjechał dostawca z zakupami. Rozpakowałem je, a potem poszedłem do łazienki, by odbyć długą kąpiel.
              Teraz stałem w czystej kuchni, zastanawiając się, co dalej. Musiałem znów popracować nad planem, który powoli powstawał w mojej głowie. Miał też sporo luk i był nie do końca dopracowany, ale to zawsze coś. Od czegoś trzeba zacząć. Sięgnąłem do lodówki, wyciągając z niej zieloną butelkę. Przeszukałem pobliskie szafki, w końcu natrafiając na otwieracz. Ściągnąłem kapsel, a następnie wróciłem do salonu. Włączyłem telewizor, który od razu ustawił się, na jakimś kanale muzycznym. Usiadłem na kanapie, przystawiając butelkę do ust.
 Od czego zacząć?  pomyślałem, rozglądając się raz jeszcze po pomieszczeniu.
              Wiedziałem, że praca nad poprawieniem relacji z chłopakami to wielki i czasochłonny proces. Ich nastawienie do Luke'a wcale mnie nie zniechęciło, a pobudziło bardziej do działania. Wnioskowałem jednak, że zaraz po powrocie, nie ma co ich za bardzo męczyć. Zespól był w trasie przez naprawdę dług czas, więc niech odrobinę odsapną od jego  teraz już mojej osoby. Chwila przerwy dobrze wszystkim zrobi.
              Mój wzrok zatrzymał się na laptopie blondyna, którego zostawiłem na stole. Luke podał mi hasło, więc miałem do niego dostęp. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Wziąłem kilka większych łyków piwa, a potem odstawiłem butelkę. Złapałem za sprzęt, układając go na kolanach. Komputer nie był wyłączony, więc tylko chwilę trwało to, by wyszedł z trybu czuwania i znów był gotowy do użytku. Szybko wszedłem w wyszukiwarkę, a następnie przeszedłem na stronę znanego Twittera. Skoro uznałem, że spokój przyda się chłopakom, to mogłem zacząć działać w innym kierunku. Mianowicie, poprawienie wizerunku Hemmingsa, do którego ostatnio przykleiła się łatka kompletnego idioty i dupka  i to nie tylko w mojej opinii.
             Znając hasło i login, wszedłem na jego konto. Od razu uderzyła we mnie masowa liczba powiadomień, a także wiadomości. Uniosłem brwi ze zdziwieniem, choć nie powinno być to dla mnie zaskoczeniem. Wiele osób mu odpowiadało, cytowało i pisało, z nadzieją, że ich zauważy. Przeszedłem na jego profil. Od dłuższego czasu Luke na swoim Twitterze nie dodawał nic od siebie, poza zdjęciami, które zrobił mu fotograf współpracujący z zespołem. A one zawierały w opisie głównie emotikony lub nazwy miast, w których aktualnie był. Nic więcej. Żadnego dodatkowego tekstu. Kiedy inni rzucali śmiesznymi żarcikami, dziękowali za coś czy nakreślali to, co robią, u niego panowała pod tym względem pustka. Postanowiłem to, jak najszybciej zmienić. Luke musiał być bardziej aktywny. Być bliżej fanów, od których się oddalił.

@Luke5SOS Przyszła pora na zmiany. Duże zmiany.

               Spojrzałem raz jeszcze w ten krótki tekst. Dla mnie to wystarczyło, by zapoczątkować to, co zaplanowałem. Kiwnąłem głową sam do siebie, jakbym tym jeszcze bardziej podkreślał te słowa, które chciałem wcielić w życie. Po chwili tweet pojawił się na profilu Hemmingsa.
              Sięgnąłem po butelkę. Upiłem kolejny łyk piwa, widząc kolejne powiadomienia. Wiedziałem, że jest to odzew na to, co zamieściłem. Nawet nie ukrywałem tego, że byłem ciekawy reakcji innych. Z rozmowy z Lukiem wnioskowałem, że raczej nie przykłada uwagi do tego, co do niego piszą ani jak piszą. Nie śledził informacji i odczuć, jakie płyną od jego fanów. Miał to gdzieś. Nie interesował się opinią, jaka pojawiała się na jego temat. Mogłem się założyć, że wrzucał coś i zaraz wychodził, zapominając o wszystkim.
              Wszedłem w dodany wpis, by zobaczyć pierwsze reakcje, których było naprawdę sporo. Nie byłem zbytnio zaskoczony tym, że znalazłem tam słowa i sformułowania typu zamknij się, pieprz się, chcę by dawny Luke wrócił, dupek, o co ci znowu chodzi, co się dzieje. Nie zabrakło też emotikonów i gifów, głównie oznajmiających zdziwienie. W końcu znalazłem jedno pytanie, na które postanowiłem odpowiedzieć. Jedno zwykłe pytanie, ale wyróżniające się na tle innych.

@Mackenzieee09 Hej, Luke. Co u Ciebie? Mam nadzieję, że w porządku. Udanego odpoczynku po trasie.

@Luke5SOS Wszystko porządku, dziękuję. Udanego dnia!

            Wziąłem kolejny łyk piwa, wchodząc w profil Mackenzie. Niewiele myśląc, zaobserwowałem ją, a następnie odstawiłem komputer. Potem rozłożyłem się na kanapie, wlepiając oczy w telewizor. Moje myśli jednak nie skupiały się za bardzo na tym, co dzieje się na ekranie. Zacząłem zastanawiać się, co jeszcze mogę zrobić, by zbliżyć na nowo Hemmingsa do fanów. A może założyć mu Snapchata? Na pewno będę częstszym gościem na Twitterze, niż on. Więcej obserwacji i odpowiedzi. Warto by było zajrzeć do wiadomości prywatnych. Może jakieś fotki na Instagrama?
             Moje plany przerwała mi melodia, która wydobyła się z leżącego na stole telefonu. Podniosłem się z miejsca. Złapałem za komórkę. Skrzywiłem się, widząc imię, które wyświetlił się na ekranie. Lorraine. Nie miałem ochoty z nią rozmawiać. Dziewczynę odbierałem w bardzo negatywny sposób, choć osobiście jej nie znałem. Cała opinia opierała się na tym, w jaki sposób działała w mediach, co pisała i mówiła, a także, jak zachowywała się w stosunku do ludzi, którzy sprawili, że jej chłopak stał się osobą znaną i popularną. A to zdecydowanie mi się nie podobało. Zresztą, z góry powiedziałem Hemmingsowi, że nie będę zabiegać o kontakt z jego panną i podtrzymywać go. On miał to gdzieś. Ją również.
             Dźwięk dzwonka urwał się, gdy nie odebrałem. Jednak po chwili rozbrzmiał ponownie. Zabębniłem palcami w kolano, a następnie westchnąłem pod nosem. Chciałem, by dała mi spokój. Musiałem ją do siebie zniechęcić. Nie miałem jednak obmyślonego dobrego pomysłu. Postawiłem na spontaniczność. Odebrałem.
– Co?
 W końcu jaśnie pan raczył odebrać ten zasrany telefon!  warknęła poirytowana.
 Jestem wykończony, Lorraine. Co jest?
– Jesteś w domu?
 Nie. Jeszcze nie dojechaliśmy.
 Co?
 Dobrze słyszałaś, nie dojechaliśmy i… szzz…szzz…  To było głupie, ale miałem nadzieję, że skuteczne.  Coś szz… Przerywa…
 Luke?!
 Nie… szzz… nie wiem… szzz… zadzwonię do… szzz… ja szzz… później.
              Rozłączyłem się, a potem wyłączyłem dźwięk w telefonie, zostawiając samą wibrację. Wróciłem do poprzedniej pozycji, podkładając rękę pod głowę. Spojrzałem w stronę telewizora, będąc całkiem zadowolony z siebie. Nagle jednak komórka zawibrowała na stole. Zerknąłem na nią.
 Próbuj szczęścia dalej  powiedziałem, a następnie złapałem za pilota.


Luke

              Zabębniłem palcami w książki, które trzymałem w rękach. Był to mój drugi dzień w pracy w bibliotece. Nie było najgorzej, choć wiedziałem, że dużo mi brakuje do tego, by działać tu, jak Jackson. Nadal musiałem uważnie przyglądać się oznaczeniom alejek i porównywać je z tym, co widniało na okładce, by nie popełnić błędu. Jednak po jakimś czasie, ta robota szła płynniej, a ja stresowałem się coraz mniej. Chłopak miał rację, to nie było zbyt trudne, jeśli się dokładnie zrozumiało, co i jak.
             Dużo dała mi też kolejna rozmowa z Jacksonem. Blondyn dotarł do Los Angeles bez większych problemów i był już w moim mieszkaniu, z czego się cieszyłem. Wolałem, by nie miał po drodze żadnych nieprzyjemnych niespodzianek. Nadal czułem poczucie winy przez to, że wepchnąłem go w ten plan, który wymyśliłem. W teorii wszystko prezentowało się idealnie, ale w rzeczywistości było to dużo trudniejsze i cięższe. Zamiana miejsc nie była tak kolorowa i prosta, jak sądziłem. Szczególnie, że odniosłem wrażenie, że Tara zaczęła coś podejrzewać. A może faktycznie zacząłem popadać w paranoję? Parę razy przyłapałem ją na tym, jak mi się uważnie przygląda, jakby śledziła każdy mój pojedynczy ruch. To sprawiało, że denerwowałem się bardziej i jeszcze usilniej starałem się wejść w nową rolę.
 Jackson.
              Podskoczyłem w miejscu, uderzając czołem w półkę, przed którą stałem. Pochylałem się w jej stronę, więc kiedy usłyszałem za plecami głos, straciłem na chwilę równowagę, zaliczając bliskie spotkanie ze starym, dużym meblem. Odruchowo zacisnąłem dłonie na książkach, które miałem odłożyć na miejsce.
 Dobry Boże…
– Nie chciałam cię wystraszyć  powiedziała cicho Tara z rozbawieniem, kiedy przełożyłem książki do jednej ręki, by drugą rozetrzeć czoło.  Dokąd tak znowu odpłynąłeś myślami?
 Nie wyspałem się  rzuciłem szeptem pierwsze, co przyszło mi do głowy.  Nie myślałem o niczym konkretnym. Coś się stało?
 Pomyślałam – zaczęła, opierając się o regał. Jasne, brązowe tęczówki skupione były na mnie. Musiałem przyznać, że bardzo podobał mi się ich kolor.  Po pracy pojedziemy do sklepu? Musimy zrobić zakupy. Pasuje?
 Jasne.
 Potem może zrobimy sobie maraton filmowy? Chyba, że masz już inne plany?  pociągnęła z uśmiechem.  Co ty na to?
 A wiesz, że chętnie.
 Świetnie. To jesteśmy umówieni.
 Jesteśmy.
              Dziewczyna obdarzyła mnie kolejnym szybkim uśmiechem, a potem ruszyła w stronę głównej alejki. Po chwili zniknęła mi z oczu. Wypuściłem cicho powietrze z ust. Do tej pory nie mogłem przy niej się rozluźnić. Za każdym razem spinałem się, jakby Tara miała w każdej chwili odkryć moją tajemnicę. Że podszywam się pod jej najlepszego przyjaciela i współlokatora w jednym.

             Nie znałem zupełnie Arlen Town, więc nic dziwnego, że musiałem znów posiłkować się internetem, by dotrzeć do niewielkiego marketu, w którym mieliśmy zrobić zakupy. Odetchnąłem z ulgą, gdy znaleźliśmy się przy sklepie, a ja ani razu nie pomyliłem drogi  a do przekręcania zakrętów miałem zdolności.
             Potem odbyliśmy spacer wzdłuż kolorowych półek, pogrążając się w luźnej rozmowie. Wtedy też uświadomiłem sobie, jak mało wiem o Jacksonie i jak ekstremalne jest moje zadanie, z otworzeniem jego osoby. Musiałem bazować na obserwacji i działać pod wpływem instynktu, który… Nie oszukujmy się, ale też nie był u mnie zbyt dobry. Zaliczyłem tylko jedną małą wpadkę, kiedy chwyciłem za batona w białej czekoladzie z kokosowymi wiórkami. Naprawdę miałem na niego ochotę, ale widząc zdziwione spojrzenie dziewczyny, wycofałem się. Potem okazało się, że Jackson nie lubi smaku kokosu. Mój nietrafiony wybór zwaliłem na pomylenie pudełek, w których leżały. Musiałem obejść się smakiem i wybrać bezpieczniejszą opcję, biorąc zwykłego czekoladowego łakocia. Jak można nie lubić kokosu?

              Po zjedzonym obiedzie  Tara zaserwowała standardowe spaghetti z ciągnącym się serem, którym posypała wierzch sosu  usiedliśmy w salonie. Do picia mieliśmy piwo w butelkach, a także przekąski. Rudowłosa na razie nie ruszyła niczego z uwagi na niedawno jedzony posiłek. Mi za to nie przeszkadzało to, by się dodatkowo dopchać chipsami o smaku zielonej cebulki i pizzy. Chyba w kwestii jedzenia Jackson również nie miał umiaru, więc Tara nawet nie zwróciła na to uwagi, jak dobierałem się do pierwszej paczki.
             Problemem też nie był wybór filmu. Po prostu zgadzałem się na wszystko, co proponowała, nawet jeśli już to widziałem. Pod tym względem też nie za bardzo orientowałem się, jaki gatunek najbardziej lubi Jackson, więc przytakiwanie było tą lepszą i bezpieczniejszą opcją. Wiedziałem jednak, że na tej metodzie zbyt długo nie pociągnę, chłopak lubił mieć swoje zdanie, więc w końcu przyjdzie ten moment, kiedy role się odwrócą i to ja będę musiał coś proponować.
              Poprawiłem pozycję, w której siedziałem, opierając nogi na pufie, którą podciągnąłem bliżej kanapy. Paczka z chipsami znajdowała się na moich udach, okrytych puszystym kocem. Tara siedziała obok. Jej wzrok utkwiony był w ekranie telewizora, na którym toczyła się akcja thrillera, który wspólnie oglądaliśmy. Ja jednak przez krótką chwilę skoncentrowałem się na niej. Miałem tak wiele pytań, których nie mogłem zadać. Chciałem wiedzieć o niej więcej rzeczy, które byłby oczywiste dla kogoś, kto jest jej przyjacielem. Musiałem więc zdusić w sobie chęć otworzenia jadaczki.
 Mam coś na twarzy, że się tak patrzysz?
 Ja… Tak, chyba masz pryszcza na nosie  rzuciłem, wskazując na nią.
 Co? Gdzie i… Spadaj, wredna małpo  odparła ze śmiechem, kiedy jej palce przejechały po czubku nosa, na którym nic nie było. Jej reakcja utwierdziła mnie w tym, że ponownie trafiłem z odpowiedzią. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem, odwracając głowę w stronę telewizora.
 Jackson?
 Tak?
 Mam pytanie.
 Mów.
 Stało się coś, o czym nie wiem? Masz… Jakiś problem? Zmartwienie?
               Całe szczęście, że w tym momencie nie jadłem lub nie piłem, bo z pewnością groziłoby to udławieniem się. To, co powiedziała, naprawdę mnie zaskoczyło. Poczułem zdenerwowanie. Moje ciało się spięło, kiedy powoli przenosiłem na nią błękitne oczy. Zamrugała, a ja cicho przełknąłem ślinę.
 Wiesz, że możesz powiedzieć mi wszystko. A ja… Zaczynam się trochę martwić.
 Nic się nie dzieje. Ostatnio po prostu jestem, tylko trochę zamyślony i rozkojarzony.
 Powiedziałbyś mi, gdyby coś się działo, prawda? Wiesz, że możesz mi mówić wszystko. Zawsze ci pomogę.
 Wiem  powiedziałem, siląc się na uśmiech. Miałem nadzieję, że wyszedł on w miarę przekonująco. Liczyłem tylko na to, że dziewczyna nie będzie słyszeć tego, jak serce łomocze mi w klatce piersiowej. W tym momencie najnormalniej w świecie się przestraszyłem, że wszystko się wyda.  Nic się nie dzieje, więc nie musisz się martwić.
 Zawsze będę się o ciebie martwić, kretynie  odparła, a potem zrobiła coś, co znów spowodowało, że cały zesztywniałem.
               Przytuliła mnie. Zrobiła to tak nagle, że w żaden sposób nie byłem przygotowany na ten czuły gest. Ocknąłem się jednak w miarę szybko, owijając ręce  łącznie z trzymaną butelką  wokół niej. Poczułem ciepły oddech na szyi, kiedy oparła głowę o moje ramię. Ułożyła się wygodniej, zostając w takiej pozycji. Skłamałbym, gdybym powiedział, że przez moment nie zrobiło mi się przez to zbyt gorąco. Objąłem ją dość niepewnie. Liczyłem na to, że tego nie odczuła.
 Jak myślisz, jak to się skończy?  Jej pytanie sprowadziło mnie z powrotem na ziemię. Spojrzałem na ekran telewizora.
 Myślę, że umrze pod koniec filmu.
 Ja obstawiam, że przeżyje.
 Zobaczymy.
 Zobaczymy  powiedziała z uśmiechem. 


***
Mamy w tym rozdziale więcej Jacksona, ale w końcu i on musiał dotrzeć do celu i odrobinę się rozejrzeć po nowym otoczeniu. Chłopak dalej planuje, a Luke, jak zwykle mega wielki stres o wszystko :)
Rozdział spokojny, ale mam nadzieję, że mimo to i tak przypadł Wam do gustu :)

Dziękuję za otrzymane komentarze!

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje o tym, co i kiedy się pojawia.

Pozdrawiam i do następnego!

#SobowtorFF


4 komentarze:

  1. Aaaaaaaaaaaaa! Kocham ten rozdział chyba tak bardzo jak sosi pizzę 😁😂 Uwielbiam Jacksona i jego podejście do tej całej sytuacji, a jego wybrnięcie od rozmowy z dziewczyną była tak bardzo w jego stylu 😂 A co do Luke'a to myślę, że z czasem z nim i Tarą będzie coś na rzeczy 😏 Tamara+Luke=Lukara/Tamke/Tuke/Lamara/Lumara ----> Trzeba wybrać jakiś ship! 😉 Jestem mega ciekawa dalszych losów bohaterów 💞
    Weny życzę i pozdrawiam xx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się spodobał :) Widzę, że już propozycje nazwy shipu są XD
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  2. Nie no jest genialny. Czekam na kolejny i na efekty tej zamiany ról

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, cieszę się, że się podobało :)

      Usuń