piątek, 17 lutego 2017

#01 To nie jest możliwe

Luke

             Podniosłem głowę znad książki. Włożyłem do jej środka kawałek papieru, który służył za zakładkę. Nasz tour bus zatrzymał się na stacji benzynowej. Nie byłem pewny, gdzie dokładnie jesteśmy, bo przez większość czasu byłem pochłonięty lekturą, a nie drogą, którą jechaliśmy. Wiedziałem tyle, że dochodziła jedenasta wieczorem. Odsłoniłem firankę. Na dworze panowała ciemność, rozświetlana tylko latarniami ulicznymi i wielkim neonem, który ustawiony był nad płaskim, parterowym budynkiem. Stacja połączona była z niewielką knajpką, od której biły żywe, mocne kolory.
             Odłożyłem książkę na bok. Podniosłem się z miejsca. Zerknąłem ukradkiem w stronę chłopaków z zespołu. Ashton przeciągnął się, a następnie szeroko ziewnął. Zaspany Calum również wstał. Michael przeczesał dłonią czerwone włosy. Wymienili cicho między sobą kilka słów, a potem ruszyli w stronę drzwi, nawet nie zwracając na mnie uwagi.
             Wcale się temu nie dziwiłem. Od jakiegoś czasu nie byliśmy tak zgraną paczką, jak dawniej. W końcu doszedłem do tego momentu, w którym zacząłem się zastanawiać, czy nadal byliśmy przyjaciółmi. Nie mogłem za to ich winić. Wszystko, co się działo było tylko i wyłącznie moją zasługą. Moją i naszego menadżera. Dając się namówić na pewien układ, nie sądziłem, że wszystko się przez to posypie. Straciłem gdzieś w tym siebie samego i nie potrafiłem wrócić z powrotem. Chłopaki na początku starali się być blisko, ale i oni odpuścili. Ile można wyciągać rękę do kogoś, kto za każdym razem ma to gdzieś?
              Robiliśmy jednak wszystko, by nasi fani tego nie widzieli. By nie doszli do tego, jak to tak naprawdę jest między nami. Kłótnie i sprzeczki maskowaliśmy sztucznymi uśmiechami, kiedy musieliśmy pokazywać się całą czwórką. Udawaliśmy, że dobrze się razem bawimy, by filmiki z trasy nadal przyciągały ludzi. Kiedy jednak aparaty i kamery znikały, znikała też nasza wspaniała relacja. Jakbyśmy obracali się w dwóch różnych światach jednocześnie. Byłem ja i byli oni. Osobno.
               Złapałem za leżącą na siedzeniu czarną bluzę. Założyłem ją, naciągając na głowę kaptur. Skierowałem się w stronę drzwi, a następnie wynurzyłem się na zewnątrz. Rozejrzałem się po praktycznie pustym parkingu. Oprócz naszego tour busa znajdowały się tu tylko dwa samochody. Jeden z nich zaparkowany był na samym końcu placu, drugi stał bliżej budynku. Odwróciłem się w stronę stacji, a potem ruszyłem w jej kierunku.
                 Pchnąłem szklane drzwi. Dzwonek nad moją głową cicho zadzwonił, oznajmiając obsłudze pojawienie się nowego klienta. Przeszedłem wzdłuż kolorowych półek, zastanawiając się, co wziąć na przekąskę. Domyślałem się, że zostało nam jeszcze trochę drogi do pokonania, zanim dojedziemy do Los Angeles. Nie mogłem się tego doczekać. Miałem dość tego całego cyrku, jaki dział się podczas trasy koncertowej.
                Obróciłem w dłoni kolorowe opakowanie z chrupkami. Wtedy też uniosłem wzrok nad niższą półką. Zmarszczyłem nos i czoło, kiedy na drugim końcu zauważyłem chłopaka. Nie widziałem go dokładnie z tej odległości. Przez krótką chwilę stał do mnie bokiem, a potem ruszył w stronę toalet, przez co przed oczami miałem, tylko jego plecy. Jednak jego cała sylwetka, była cholernie znajoma. W pierwszej chwili pomyślałem o Jacku  moim starszym bracie. Jednak co on miałby robić w Ameryce? Kiedy ostatnio przeglądałem portale społecznościowe, z których korzystał, nadal był w Australii. Nagle poczułem niesamowitą ciekawość, którą musiałem zaspokoić. Wiedziałem, że nie jest to Jack, ale ktoś bardzo do niego podobny. Niewiele myśląc, odłożyłem paczkę z chrupkami na miejsce, a potem ruszyłem za nim w stronę łazienek.
                 Spuściłem jeszcze bardziej głowę, kiedy minąłem kasjera za ladą. Młody mężczyzna tylko obrzucił mnie szybkim spojrzeniem, a potem znów skupił się na gazecie, którą miał rozłożoną pod półką. Wpadłem do wąskiego, jasnego korytarzyka, który prowadził na tyły budynku. W końcu zatrzymałem się przed drzwiami. Zacisnąłem usta, a następnie wszedłem do męskiej toalety.
                Raptownie zatrzymałem się. Moje błękitne oczy zrobiły się wielkości spodków. Przez chwilę nie wiedziałem, jak się poprawnie oddycha. Serce łomotało w klatce piersiowej, jakby miało mi zaraz z niej wyskoczyć. Nie wiedziałem, czy jestem przestraszony tym, co widzę czy po prostu tak mocno zszokowany. A może jedno i drugie? Nie patrzyłem na swojego brata. Nie patrzyłem nawet na kogoś podobnego do niego. Przed sobą widziałem samego siebie. Te same oczy, ten sam zadarty nos, broda, usta (tylko brakowało mu kolczyka), policzki, rysy twarzy i kolor włosów. Nawet budowa ciała była identyczna. Przede mną stała moja idealna kopia.
 Cześć, Luke  odezwał się blondyn, a ja zassałem głośniej powietrze. Głos także był zbliżony do mojego. Poruszyłem niemo wargami, ale żadne słowo z nich nie wypłynęło.  Chyba kogoś tu przytkało.


Jackson

                 Miałem niesamowitą ochotę parsknąć śmiechem na widok zdezorientowanej miny Hemmingsa. Jednak powstrzymałem się, bo doskonale wiedziałem, jak się czuł. Gdy pierwszy raz zobaczyłem go w internecie, również byłem w totalnym szoku. Nie sądziłem, że ludzie z dwóch różnych krańców świata mogą być, niczym bliźniaki. Całkowicie identyczni. Ale ponoć każdy z nas ma gdzieś na Ziemi swojego sobowtóra. Mój okazał się być gitarzystą zespołu 5 Seconds of Summer.
 O mój Boże, padło mi na głowę  wydusił chłopak, chwiejąc się na nogach. 
               Przez chwilę byłem pewny, że Luke zemdleje. Jego twarz stała się blada, jak ściana. Zrobiłem krok w jego stronę, ale ten automatycznie wyciągnął ręce. Chyba go porządnie wystraszyłem.
 Nie podchodź… Ty… To… To nie jest możliwe.
 Taka niespodzianka od matki natury. Jestem Jackson Hemilton.
 To nie jest możliwe.
 W takim razie to ty nie istniejesz, bo urodziłem się pierwszy.  Skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej. Naprawdę zaczynałem się dobrze bawić.  Jestem od ciebie rok starszy.
 Ja… To… Nie jesteś moim zaginionym bratem bliźniakiem?
 Ty mnie w ogóle słuchasz? Jestem starszy. Nie możemy być bliźniakami i całe szczęście  odparłem, robiąc zdegustowaną minę.  Z całym szacunkiem, ale wolę moją rodzinę. No i nie chciałbym być bardziej z tobą kojarzony.  Luke spojrzał na mnie, robiąc po raz kolejny wielkie oczy.  Jesteś dupkiem.
 Dzięki, to… Cholernie miłe.
 Nie jestem jednym z twoich przesłodzonych fanów, którzy nie widzą tego, co odwalasz. Nie… Poczekaj… Ty masz jeszcze, jakiś fanów?
 Chyba też zaliczasz się do grona dupków  wydusił, najwidoczniej coraz bardziej odnajdując się i przyswajając tą dziwną sytuację.  Za miłe to nie było.
 A miłe jest to, jak olewasz ludzi, którzy pomogli wdrapać ci się na szczyt? A może to, że dwunastoletnia fanka popłakała się przez twoją panienkę, która na nią naskoczyła, a ty nawet nie kiwnąłeś palcem, by zrobić cokolwiek? Miałeś gdzieś to, że ona ją obraża. Nie otworzyłeś jadaczki, nie zrobiłeś nic. To jeszcze dziecko, które po prostu spotkało swojego idola. Chciała chwilę porozmawiać i pewnie zrobić sobie zdjęcie. Ale ty miałeś ją kompletnie w dupie. I nie możesz temu zaprzeczyć, bo filmik hula po sieci. Jeśli nie miałeś ochoty i uznałeś, że nie chcesz tracić czasu na to dziecko, trzeba było powiedzieć wprost. Czy to od tego momentu, zacząłeś spadać w dół? A może mam wymieniać dalej?
 Ja… Ja…
 Gdzie się podziało dawne 5 Seconds of Summer, które było tym zespołem, który zawsze był blisko swojej fanowskiej rodziny? No, tak… Chłopaki dalej są blisko. Ty stoisz po drugiej stronie barykady, gwiazdo.  Blondyn zerknął na mnie spod łba, zaciskając po raz kolejny wargi.  Nie traktuj ludzi, jak śmieci, szczególnie tych, dla których jesteś większą częścią ich świata. Oni dawali ci wsparcie, stali za tobą murem, a ty się na nich wypiąłeś. Ty wolałeś imprezy, wieczne upijanie się i towarzystwo ludzi, którzy skutecznie wykorzystywali to, kim jesteś, by się wypromować. Zadzierałeś nosa, patrząc na innych z wyższością. Kiedy chłopaki robili zdjęcia, rozmawiali z fanami, wygłupiali się z nimi, ty z miną nadąsanej księżniczki odwracałeś się, unikając wszystkich. Bo pan Hemmings nie ma ochoty, nie ma czasu, jest zmęczony, jest umówiony, ma mnóstwo innych rzeczy na głowie, niż rozmowa z obcymi, mało istotnymi ludźmi, który zaraz i tak znikną z jego życia. Gdzie się podział dawny uśmiechnięty i pogodny chłopak z gitarą, który uwielbiał szaleć po scenie?
 Ja nie…
 Jeszcze mi powiedz, że nie miałeś wyjścia.
 Bo tak było…  Prychnąłem pod nosem, patrząc na niego z politowaniem.  Umowa…
 Nie do każdej umowy trzeba się podporządkowywać, Luke. Szczególnie, gdy ta tak bardzo cię gnoi, burząc dobre imię i wypracowany wizerunek. 
                   Blondyn spuścił głowę, skupiając wzrok na swoich czarnych trampkach. Widziałem, jak zadrżały mu dłonie i ramiona. Odwrócił się i podszedł do umywalki. Zsunął z głowy kaptur, a następnie odkręcił kurek. Szybko przemył twarz. Wytarł się w jednorazowy ręcznik. Dopiero wtedy znów zerknął na mnie. Chyba potrzebował chwili, by się nie rozsypać. Po jego minie wnioskowałem, że był tego bliski.
 Powiem ci, że z początku było naprawdę fajnie, kiedy ludzie brali mnie za ciebie. Potem wszyscy mieszkańcy Arlen Town, a miasto nie jest duże, przyzwyczaili się do tego, że po ich ulicach chodzi sobowtór tego Hemmingsa. Jednak gdy zacząłeś odstawiać te wszystkie numery, żałowałem, że jesteśmy do siebie podobni. Było mi wstyd, tak jakbym to ja robił te rzeczy.
 Przepraszam.
 Nie powinieneś przepraszać mnie.
 Co?
 Nie mnie powinieneś przepraszać. Przeproś fanów, dla których byłeś nadętym bucem i chamem. Przeproś ludzi, którzy ci ufali. Przeproś przyjaciół, których olałeś. 
 Skąd to wiesz? Myślałem…
 Że co? Że inni nie widzą tego, co dzieje się między tobą a resztą chłopaków? Nie sądziłem, że możesz być, aż tak naiwny. To da się wyczuć. To da się zobaczyć. Szczególnie, gdy ktoś się wami interesuje. Ludzie nie są debilami. No, przynajmniej ta większa część naszej szacownej populacji.
 Ja… Nawet nie wiem, co zrobić, by… Nie wiem nawet, jak to naprawić. Nie wiem, czy w ogóle da się to naprawić. Ja…
 Oczywiście, że się da. Rusz tylko dupę, weź się w garść i zacznij działać.
 To nie jest takie proste.
 Jest, ale ty żyjesz w dziwnym, wyimaginowanym świecie. Nikt nie będzie wiecznie skakał wokół ciebie. Relacje między ludźmi to transakcje wiązane. Ty dajesz coś im, oni oddają coś tobie. Ty ostatnio jedyne, co chcesz, to tylko brać, a tak się nie da. Gdzie podział się tamten Luke, który potrafił się cieszyć z tego, co miał. Dorósł? Nie. On się zgubił. Ale powinien w końcu oprzytomnieć i wrócić na tamtą właściwą drogę.


Luke

                 Zamrugałem, dokładnie wsłuchując się w każde wypowiedziane słowo. Dla niego wszystko było takie idealne, wykonalne i proste. Wiedziałem jednak, że łatwo się mówi. Rzeczywistość była bardziej brutalniejsza, niż wyobrażenia osób spoza świata, w jakim tkwiłem. Nie było tak kolorowo, jak większość z nich sądziła.
                 Z drugiej jednak strony miał wiele racji. Był pierwszą osobą  nie wliczając w to chłopaków z zespołu  który otwarcie wyrzygał mi to, co o mnie myśli. Czy to bolało? Cholernie. Czy chciałem taki być? Nie. Czy umiałem znaleźć  jak to ujął  właściwą drogę? Wątpiłem w to.                  
              Teraz stojąc z nim w męskiej toalecie, zrozumiałem, jak przez ten cały czas byłem zagubiony. Odseparowany od dawnego ja. Ale sam byłem sobie winien. Nie robiłem nic, by to zmienić czy poprawić. Pragnąłem zmiany, ale nie kiwnąłem palcem, by ruszyć z miejsca. Byłem bierny.
                 Wyprostowałem się, podchodząc do niego. Spojrzałem w jego błękitne oczy. Blondyn uniósł lekko brwi. Na jego ustach wymalował się prowokujący uśmieszek. Z jednej strony chciałem go uderzyć, a z drugiej rozpłakać się, jak małe dziecko. Byłem kompletnie rozstrojony. Jakbym był ślepcem szukającym po omacku właściwego wyjścia. Jackson był drzwiami, z którymi się w końcu zderzyłem. Być może to on był kluczem do wszystkiego? A może po prostu byłem już tak zdesperowany, że przychodziły mi do głowy te wszystkie dziwne i pokręcone myśli?
 Skoro jesteś taki mądry, to zamieńmy się miejscami. Chętnie zrobię sobie wolne od własnego popieprzonego życia.  Te słowa wypłynęły z moich ust bez żadnej kontroli. Dopiero kiedy chłopak parsknął śmiechem, zrozumiałem, co powiedziałem.
 Jeszcze mi na łeb nie padło.
 Nie, czekaj… To… To nie jest taki głupi pomysł.
 Odwaliło ci już kompletnie. Alkohol i to, co tam wciągasz po kątach, zdewastowało ci doszczętnie mózgownicę.
 Nie biorę narkotyków.
 Och, czyżby?  Zazgrzytałem zębami, ale nie zaprzeczyłem.  Skoro tak uważasz  dodał, wzruszając teatralnie ramionami.  Co nie zmienia faktu, że twój pomysł jest…
 Genialny  wtrąciłem, pukając go palcem w klatkę piersiową.  Jesteśmy identyczni. Nikt się nie zorientuje. Dostaniesz darmowe wakacje na mój koszt. Nie będziesz musiał nic robić, bo trasa dobiegła końca. Zaczynamy wolne. Ty pojedziesz do Los Angeles i się zabawisz, a ja zostanę tutaj i… Psychicznie odpocznę od tego wszystkiego. Potem się zamienimy i nikt nie będzie nawet o tym wiedział.
 Popieprzyło cię.
– Dobra, odpalę ci dodatkową sumę.
 Nie kupisz mnie. Nie jestem sobowtórem na wynajem.
 Nie chciałeś się, choć na chwilę wyrwać z tego miasta? Zrobić sobie luźne wakacje, podczas których nie martwiłbyś się o pieniądze?  Spojrzał na mnie, zagryzając wargę. Cholera, nawet mimikę miał podobną do mojej.  Chyba ktoś pęka.
 Jesteś kretynem. To się nie uda.
 Biorę całe konsekwencje na siebie.
 Poznałbym resztę 5 Seconds of Summer… No, to mogłoby być bardzo ciekawe doświadczenie.
 Pewnie, że tak…  Urwałem, a potem przełknąłem ślinę.  Chłopaki ze mną nie rozmawiają, więc nie licz na częste przebywanie w ich towarzystwie. Raczej wyrzucili mnie z grona przyjaciół  dodałem tonem pełnym żalu i goryczy.
                  Gdzieś w środku poczułem nieprzyjemne ukłucie. Kiedy powiedziałem to na głos, doszła do mnie gorzka prawda. Byłem rozczarowany sam sobą. Dopuściłem do tego, by nawet oni się ode mnie odsunęli. Spieprzyłem wszystko po całości. Zamrugałem szybko, odganiając łzy, które zgromadził mi się oczach. Byłem największym przegranym.
 Zapomnij, to… To naprawdę byłby szalone i… Przepraszam, że w ogóle cię o to poprosiłem.
 Luke, stary…
 Nie, masz rację. Padło mi na głowę  odparłem, zaciskając dłonie w pięści. Wsunąłem je do kieszeni bluzy. Teraz zapragnąłem znaleźć się z powrotem w tour busie. Odważyłem spojrzeć się na niego po raz kolejny.  Może masz chociaż dla mnie, jakąś radę w kwestii chłopaków? Odnoszę wrażenie, że sporo wiesz i… Nie chcę ci tego przyznawać , ale miałeś też dużo racji, co do mnie i…
 Ja pierdole, zabiję cię.
 Co?
 Zgadzam się, dobra. Możemy się zamienić.  Uniosłem z zaskoczeniem brwi.  Wyglądasz, jakby los mocno skopał ci dupę. Pod względem psychicznym rzecz jasna. A że wyglądasz, jak ja to, to chyba dwa razy mocniej na mnie oddziałuje. Pomogę ci. Jeśli chcesz się zamienić, możemy to zrobić. Wiedz jednak, że nawet jeśli złapię ponowny kontakt z twoimi przyjaciółmi, to później ty będziesz musiał zadbać o to, by tego znów nie spieprzyć.  Pokiwałem szybko głową.  I jeszcze jedna spawa.
 Jaka?
 Postaraj się żebyś nie wyleciał z pracy.
 Z pracy?
 A ty myślałeś, że co? Ja pracuję, by na siebie zarobić.
 Och, jasne… To chyba da się zrobić, o ile nie jest za bardzo skomplikowane.
 Nie jest.
– Dobra, to… Zamieniamy się teraz?
 Moment, trzeba to dokładniej ogarnąć. Musisz wiedzieć o mnie więcej. Ja już dość sporo wiem o tobie. Chodzi o takie typowe codzienne sprawy. Musimy tak to rozegrać, by nikt nie odkrył prawdy. I jeszcze jedna ważna rzecz.
 Jaka?
 Na pewno chcesz to zrobić? To może również skończyć się totalną katastrofą.
 Gorzej już nie będzie.
 W porządku. A teraz skup się.  Pokiwałem po raz kolejny głową.  Na parkingu stoi czarny pick-up. Wyjdziemy po kolei z łazienki  ty w kapturze na głowie. Dobrze by było, gdyby nikt od ciebie nie wiedział, że jest nas dwóch. Pójdziesz prosto do samochodu i tam na mnie zaczekasz.
 Tam się zamienimy?
 Tak. Oczywiście po omówieniu dokładnych szczegółów.


Jackson

                 Sam nie wiedziałem dokładnie, dlaczego tak szybko się zgodziłem. A raczej, dlaczego w ogóle się na to zgodziłem. Może po prostu zobaczyłem w tym niezłą przygodę? W końcu, kto by nie chciał się wyrwać z małego miasta, by móc rozerwać się na sponsorowanych wakacjach w wielkim Los Angeles? Miałem też to do siebie, że działałem pod impulsem, pod wpływem zachcianki i jednej chwili. Często przez to wpadałem w kłopoty, ale umiałem z nich całkiem nieźle wychodzić.
                 Był jeszcze Luke. Ten sławny Hemmings, który był tak naprawdę stłamszony i totalnie zagubiony. Może dlatego tak chętnie zgodził się na to szaleństwo? Skłamałbym, gdybym uznał, że nasza rozmowa mnie nie ruszyła. Zrobiło mi się go żal. Cholernie żal. Byłem też osobą, która nie umiała przejść obojętnie wobec kogoś, kto potrzebuje pomocy. On ewidentnie był jedną z nich. To też przyczyniło się do szybkiej zmiany mojej decyzji.
                 Pożegnałem się z Edem, który stał za ladą. Arlen Town nie było duże, więc większość ludzi się ze sobą znała. Jak tylko wyszedłem z lokalu, spojrzałem na duży tour bus. Jeszcze przed wejściem do środka, zastanawiałem się, kto też zawitał do naszego miasta. W łazience dostałem odpowiedź.
                 Odwróciłem się od transportu 5 Second of Summer. Widziałem, jak ktoś kręci się przy moim aucie. Wiedziałem, że to Luke. W końcu sam kazałem mu tam iść. Ruszyłem w jego stronę, wciskając jedną rękę do kieszeni spodni. Wyciągnąłem klucze i otworzyłem samochód.
 Wsiadaj. – Trzasnęły drzwi, kiedy obaj znaleźliśmy się w środku.  Liz cię nie uczyła, że nie powinieneś wsiadać do samochodów nieznajomych?  zapytałem ze śmiechem. Luke przekręcił oczami.  Dobra, wróćmy do naszego planu.
 Musimy się pospieszyć. Nie wiem, czy Bob zaraz nie będzie chciał ruszyć.
 Wracacie do Los Angeles?
 Tak. W mojej torbie masz klucze do mieszkania i wszystkie dokumenty. Pozwól, że swoją kartę zatrzymam dla siebie. Podaj mi numer swojego konta bankowego, zrobię ci przelew.
 Przelew?
 Potrzebujesz większej ilości pieniędzy, jeśli chcesz być mną.
 No, tak  odparłem, nachylając się do schowka. Otworzyłem go i wyciągnąłem notatnik i dwa długopisy. Luke uniósł brwi.  Jestem studentem, takie rzeczy walają się u mnie wszędzie. Teraz jednak jest przerwa, więc nie będziesz musiał siedzieć na wykładach. Ale nadal chodzę do pracy.
 Gdzie pracujesz?
 W bibliotece.  Luke zrobił wielkie oczy.  Daj spokój, poradzisz sobie. Jakby co, to dzwoń. A tak poza tym pracuję ze swoimi przyjaciółmi.
 Okej…
 Nie przepracowuj się. Jestem raczej leniem. Pozwól, by cię parę razy pogonili do roboty. Trzymaj. – Wyrwałem jedną kartkę i podałem mu razem z długopisem.  Zapisz mi wszystko, co powinienem wiedzieć. Ja zrobię to samo.
 Mieszkasz sam?
 Mieszkam z przyjaciółką. Nazywa się Tamara Owen, ale nie waż się mówić do niej po imieniu, bo ukatrupi cię na miejscu. Nie lubi go, więc mówimy do niej Tara. Nie wstajesz też równo z budzikiem. Jak się obudzisz, to go wyłączasz i czekasz, aż ona wparuje do pokoju i każe ci wstać. Dopiero wtedy wielce zaspany i niezadowolony, podnosisz tyłek. Jestem śpiochem, więc ty też musisz nim być.
 Leń i śpioch. Dobre połączenie…
 Przynajmniej ludzie mnie lubią  odparłem, zerkając na niego. Hemmings uniósł brwi. Już myślałem, że się wkurzy, ale on tylko uśmiechnął się lekko. – Samochód, w którym siedzimy, jest mój. Piję nałogowo kawę. Jestem uzależniony od seriali i filmów. Mój przyjaciel nazywa się Shawn Boswell.
 Tara i Shawn.
 Dokładnie. Co powinienem wiedzieć od ciebie?
 Mieszkasz sam. Spotykasz się…
 Nie zmusisz mnie do tego, bym łaził z twoją panną. Ona mnie odpycha. Nie mam mowy. Nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, a ja nie chce się obracać wokół ludzi, którzy są…
 Rozumiem  powiedział Luke, ponownie się uśmiechając.
 Bawi cię to wszystko?
 Szczerze, mam to gdzieś. Ją też mam gdzieś.
 A gdzie wielka miłość i te sprawy?
 Nigdy ich nie było.
 Nie kochasz jej?
 I nigdy nie kochałem. Spotykamy się, bo płyną z tego korzyści. Oboje mamy rozgłos, a o to chodzi. By o tobie mówiono. Ona wybiła się na tym, że spotyka się ze mną, przez co zaczęła dostawać więcej propozycji z agencji modelek. Ja pojawiam się w gazetach, czym ściągam uwagę mediów na zespół. Wszystko jest ze sobą powiązane.
 Naprawdę nie muszę się z nią widywać?
 Nie.
 Ulżyło mi. Naprawdę mi ulżyło  odparłem, a Luke zaśmiał się.  Wow, cóż za zmiana, ty się śmiejesz.
 Coraz bardziej podoba mi się ten poroniony pomysł z zamianą.
 Jest głupi, ale mi też zaczyna się podobać. Co powinienem wiedzieć jeszcze?
 W zasadzie rób co chcesz. Naprawdę mam to gdzieś. Ludzie i tak uważają, że się zmieniłem, więc jak zacznę zachowywać się inaczej, to też nie będzie to zbyt podejrzane. Dzwoń tylko do mojej mamy raz w tygodniu.
 Raz w tygodniu. Zakodowałem.
 Wymienimy się telefonami. 
 Zapiszmy do siebie numery. Jak będziesz miał problemy, dzwoń.
- Ty też. Możemy też kontaktować się przez internet.
 Musimy zamienić się ubraniami.
 Tutaj?
– Na zewnątrz. Spodnie, koszulki i bluzy. Wybacz, stary, ale ja nie chodzę w tak markowych i drogich ubraniach.
 Okej… Mam wystawić goły tyłek na dwór?
 Gaci nie ściągaj  wtrąciłem ze śmiechem.
 Jest jeden problem  zaczął Luke, a potem wskazał na swoją dolną wargę.  Co z tym?
 To też się da załatwić  rzuciłem z zadowoleniem. Ponownie schyliłem się do schowka. Wyciągnąłem mały woreczek. – Tym.  Chłopak zmarszczył nos, nie wiedząc, o co mi chodzi.  Tym, co jest w środku.
 Tak, bądź tajemniczy.
 Czasami lubię porobić sobie żarty i ciebie poudawać  powiedziałem, a Luke znów przekręcił oczami. – Zaopatrzyłem się, więc w to.  Wyciągnąłem z woreczka atrapę kolczyka, a potem umiejscowiłem go w wardze, dokładnie po tej samej stronie, w której znajdował się jego prawdziwy kolczyk.  Tadam! Niczym dwie pieprzone krople wody.
 Dobre, to przejdzie.
 Ściągaj swój.  Luke posłusznie go zdjął.  Jutro masz poranną pobudkę. Idziesz do pracy.
 Jasne.
 To teraz ostatnie poprawki i wypad na dwór.
                 Zanotowaliśmy wszystko, co sobie powiedzieliśmy, od czasu do czasu dorzucając coś jeszcze. Potem wymieniliśmy się portfelami (oprócz kart), a także telefonami i co ważne, naszymi nowymi tymczasowymi adresami zamieszkania. Potem wysiedliśmy z samochodu. Przeszedłem na jego stronę, by nie było nas widać. Szybko zrzuciliśmy z siebie ubrania, zamieniając się nimi. Zdążyłem założyć bluzę, kiedy rozległ się męski głos dochodzący z tour busa.
 Chłopaki, jedziemy!
 To już- rzucił Luke, patrząc na mnie nerwowo.  Poradzisz sobie?
 Kaszka z mleczkiem.
 Zobaczymy  powiedział, unosząc jedną brew.
 Bądź zabawny. Rzucaj dowcipami  pouczyłem go jeszcze, zaciągając na głowę kaptur.  Jestem zabawnym kolesiem, więc nie spierdol mi reputacji.
 Luke, idziesz?!  krzyknął mężczyzna, którego imienia nie zdążyłem zapamiętać.
 Tak!  odpowiedziałem, wychodząc zza samochodu.  Powodzenia.
                  Blondyn tylko kiwnął głową, a następnie wsiadł do mojego auta. Wziąłem głębszy wdech, idąc w kierunku swojej własnej przygody. W co się wpakowałem? Tego do końca nie wiedziałem, ale… Nie może być przecież, aż tak źle, prawda?
                  Kierowca tour busa skinął mi głową, kiedy wdrapałem się na schody. Bez słowa wszedłem do kuchni, która mieściła się za jego kabiną. Musiałem udawać, że byłem tu nie raz. Że to całe wnętrze nie robi na mnie wrażenia. Ale robiło. Wyglądało to, jak mały, turystyczny dom na kółkach. Z boku była niewielka łazienka, wzdłuż korytarza miejsca do spania, a na samym końcu duża, okrągła kanapa, telewizor i konsola do gier.
 Cześć  rzuciłem, wchodząc do środka.
                 Michael w ogóle nie zareagował, owijając się w koc. Calum spojrzał na mnie z nieukrywaną złością i kpiną, a potem wrócił do odpalonej w telefonie gry. Ash prychnął pod nosem, łapiąc za kolorową gazetę. 
                Okej... Wiedziałem, że ich kontakty są kiepskie. Miałem też cichą nadzieję na to, że być może Luke wyolbrzymia tę sprawę. Prawda jednak była całkiem inna. Oni naprawdę się od siebie odsunęli. I to tak na poważnie. Czekało mnie niełatwe zadanie. Ale ja nie zamierzałem się tak łatwo poddać.


Luke

               Zatrzymałem samochód na podjeździe. Wokół mnie panowała cisza i spokój. Było tu zupełnie inaczej, niż w Los Angeles. Było to coś, czego potrzebowałem. Odrobina normalności, której chciwie pragnąłem. Tu nikt nie znał mnie, jako Luke'a Hemmingsa. Tu był tylko Jackson, do którego każdy się przyzwyczaił. Który nie wywoływał sensacji. Nie był zaczepiany. Mógł być sobą.
               Wysiadłem powoli z czarnego pick-upa. Zamknąłem drzwiczki, a potem odwróciłem się w stronę niewielkiego, białego, dwupiętrowego domu. Wokół niego znajdował się drewniany płot, a na posesji odrobina zielonych krzewów. W żadnym oknie nie paliło się światło, więc byłem pewny, że przyjaciółka chłopaka już śpi. To dawało mi więcej czasu na wgranie się w nową rolę.
                Idąc w stronę drzwi wejściowych, zaczynałem się zastanawiać, czy postąpiliśmy słusznie. Nie chciałem wpędzić Jacksona w żadne kłopoty. Nie chciałem zburzyć ułożonego życia, jakie miał. Teraz dwa razy bardziej chciałem wtopić się w nową rzeczywistość. A gdy coś pójdzie nie tak, wezmę całą winę na siebie. To był mój pomysł. Ja go wymyśliłem.
                Wszedłem cicho do środka. Nie chciałem robić hałasu. Widziałem zarys mebli, po czym wywnioskowałem, że znalazłem się w kuchni. Przez okna wpadały światła z ulicznych latarni, dzięki czemu mogłem trochę rozeznać się w położeniu pomieszczenia. Kuchnia połączona była z salonem. Zrobiłem kolejny krok do przodu, kiedy nagle zapaliło się światło, które nieco mnie oślepiło. 
 Gdzieś ty do cholery był?!
                Stanąłem, jak wryty, widząc przed sobą dziewczynę w niebieskiej piżamie. Rude włosy opadały na jej ramiona. Jasne, brązowe oczy świdrowały mnie na wylot, choć widać w nich było także i troskę. Miała pełne usta i okrągłą twarz. To musiała być Tara. Oparła dłonie na biodrach, czym przypominała mi matkę. Liz też przybierała tę pozę, gdy coś przeskrobałem.
 Czy ciebie pogięło?
 Przepraszam  wydusiłem, bo tylko to przyszło mi do głowy.  
 Przepraszam?  Zrobiła wielkie oczy, patrząc na mnie z niedowierzaniem.
 Za-Zagadałem się.
 Ed był na zamianie?  Nie wiedziałem, o kim mówi, więc tylko cicho przytaknąłem.  Wiesz, która godzina? Rano znowu nie wstaniesz!
 Zmieniasz się w moją mamę?  odparłem, starając się naśladować pewnego siebie Jacksona. 
 Zaraz ci przyłożę, ty… Do pokoju!
 Pewnie, mamo.
 Jak ja cię nie cierpię!
 W to akurat nie wierzę.
 Och, przymknij się. Rano mamy pracę i…
 Tak, wiem. Już mnie nie ma.
                 Dziewczyna przekręciła oczami, a potem zaśmiała się cicho, co tylko upewniło mnie w tym, że moja gra, jakimś cudem przeszła. Nie wiedziałem dokładnie, gdzie mam iść, więc ruszyłem przed siebie. I było to dobre posunięcie, bo trafiłem na schody. Jackson mówił, że jego pokój jest pierwszy na prawo. Tam też się skierowałem. 
                Jak tylko wszedłem do środka, zapaliłem światło. Rozejrzałem się po białym, nieco zabałaganionym pomieszczeniu. Na biurku znajdowało się kilka książek, na podłodze i krześle leżały rozrzucone ubrania. Duże łóżko było niedbale zaścielone. Teraz to było moje miejsce. Nie byłem już Lukiem. Teraz zostałem Jacksonem Hemiltonem.


***
Pierwszy rozdział za nami! Luke i jego desperacja oraz Jackson i jego żądza przygód. Co z tego wyniknie? Jak myślicie? Chłopaki sobie poradzą? Dadzą radę odegrać rolę? Który pierwszy coś zawali?
Mam nadzieję, że tym rozdziałem odrobinę Was wciągnęłam i zaciekawiłam. Na to liczę :)

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Pozdrawiam i do następnego!

#SobowtórFF



6 komentarzy:

  1. Już mi się podoba to opowiadanie biedny Luke ale mamy jeszcze Jacksona który ustawi go do pionu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię zainteresowałam :)

      Usuń
  2. Matko genialny. Już lubię tego całego Jacksona. Opowiadanie jest świetne już mi się podoba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Cieszę się, że pierwszy rozdział się spodobał :)

      Usuń
  3. Podoba mi się 😀 A miałam już nie czytać kolejnego opowiadania xD I po planach... 😂😂😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się spodobało i że się skusiłaś na to ff :)

      Usuń